Menu

Objawienia na Mazurach zwane Cudem Słońca

Mazury. Cuda, uzdrowienia. Ludzie dziś przyjeżdżają tu aby otrzymać wielkie łaski i uzdrowienia. Najpierw pojawia się pobożność ludowa, a potem wielkie Sanktuaria. Tu przepowiedziane jest takie Sanktuarium.
Dlaczego mało znana wieś zyskała miano „Małej Fatimy Rzeszowszczyzny”?
Wiemy, że w miejscach objawień, najpierw musi się pojawić pobożność ludowa, cuda i łaski, a na Mazurach ewidentnie to się dzieje. Potem dopiero władza kościelna prowadzi rzetelne śledztwo, badanie świadków miejsca, Marysi która jeszcze żyje w Stalowej Woli.
Wyszyński1-300x227A wiadomo , że przez komunistów zostało to ukręcone, gdyż ówczesna władza robiła wszystko ,żeby to miejsce zniesławić. Ale się im nie udało. Mazury krzyczą teraz przez cuda, aby odnowić to miejsce.Prymas Polski wydał polecenie, aby takie miejsca odnawiać i pamiętać o nich, takich miejsc w Polsce po wojnie jest ok. 50 .
( jeśli wiesz o takim miejscu napisz na kontakt@cudajezusa.pl, dołącz zdjęcia, teksty, źródła gazet.)

ROK 1949

W Polsce, po wojnie miało miejsce kilkadziesiąt nadzwyczajnych wydarzeń, potocznie zwanych cudami. W 1949 roku było ich kilka. W maju na polach wsi Lipnica, w gminie Dzikowiec Matka Boska ukazała się w XIX – wiecznej „cudownej studzience”, w czerwcu w Mazurach, w gminie Raniżów objawiła się kilkunastoletniej dziewczynie, w lipcu na obrazie M. B. Częstochowskiej w katedrze w Lublinie pojawiły się łzy, także w lipcu tego roku w Jastkowie koło Lublina, Pruszkowie pod Warszawą i w Wyszkowie, podobnie „zapłakały” obrazy Matki Boskiej.

O mazurskich objawieniach mówiło się w każdym domu. Bezpośrednio, lub pośrednio uczestniczyło w nich kilkanaście tysięcy osób-mieszkańców naszego regionu, w tym ówczesne władze partyjne i kościelne. Przez kilka tygodni na mazurskie pastwiska położone między rzeką Turką, a polami wioski Korczowiska przybywały tłumy pielgrzymów. Przychodzili pieszo, ze śpiewem, w kompaniach. Przyjeżdżali na rowerach, motocyklach i na furmankach. Śpiewali i modlili się. Przybywali żeby zobaczyć „cud”,Matka Boża obraz „cudowną Marysię”, zadać jej choć jedno pytanie i uzyskać na nie odpowiedź. Większość z nich szukała być może sensacji, mniejszość zapewne żywej wiary i nadziei. Za nimi ciągnęli milicjanci i ubowcy, żeby im tę wiarę i nadzieję odebrać, żeby przeszkadzać, ośmieszać, następnie rozganiać i strzelać. Potem nastąpiła cisza, która trwała przez kilkadziesiąt lat. Nie wolno było na ten temat głośno mówić, a tym bardziej pisać. Aż do 1980 roku. Przypomnijmy więc co się tam wtedy naprawdę działo.

Był rok 1949. Minęły cztery lata od zakończenia wojny i zaprzedania przez anglo-amerykanów polskiego narodu stalinowskiej Rosji Sowieckiej. Trwał i nasilał się z każdym dniem terror komunistyczny. Polscy i sowieccy stalinowcy robili rewolucję. Toczyli zaciekłą walkę z Bogiem (tak, z Panem Bogiem!), z Kościołem, ze wszystkim co wolne, demokratyczne i normalne. Budowali swój wymarzony komunizm wszędzie, w każdej miejscowości, także i w Mazurach, gdzie przy pomocy kobuszowskiego UB opanowli już wszystkie demokratyczne instytucje, jak samorząd, straż pożarną i spółdzielnię społemoswką „Przyszłość”. Po rozprawieniu się z AK-owcami w 1944-45., PSL-owcami w 1946-47r., w styczniu 1949 roku uwięzili ks. Proboszcza Stanisława Bąka z dwoma WiN-owcami – Jakubem Balem i Wojciechem Smolakiem, w czerwcu przenieśli nauczycielkę Janinę Coufal i kierownika szkoły Władysława Wolińskiego – znanego z antykomunistycznego, patriotycznego wychowania młodzieży, a w lipcu aresztowali i zamordowali zasłużonego sołtysa Wawrzyńca Suskiego.

W takiej oto atmosferze propagandy bolszewickiej omamiającej chłopów, atmosferze celowego skłócania wsi stała się rzecz niezwykła. Wydarzyło się coś, czego nikt się nie spodziewał. Coś co było nie na rękę zarówno władzom państwowym, jak i kościelnym.OBJAWIENIA

W sobotę 11 czerwca 1949 roku, po wiosce rozniosła się wieść, że czternastoletniej pastuszce Marysi Boguń ukazuje się Matka Boska. Ma to miejsce na pastwiskach podczas pasienia krów. Początkowo informacji tej nikt nie traktował poważnie, zwłaszcza, że pochodziła od dzieci. Niemniej jednak w poniedziałek 13 czerwca kilku gospodarzy – rodziców dzieci pasących z Marysią krowy – na czele z Janem Boguniem, stryjem i opiekunem Marysi, poszło zobaczyć co się tam dzieje.

– Zajechali my na pastwiska – wspomina Wojciech Popek, jeden z tych gospodarzy – wyprzęgli konie i pasiemy. Dziewczyna lata koło bydła, no pasie krowy. Kiedy nadeszła godzina, ona poleciała na taką górkę, zrobiła znak krzyża, przewróciła się na plecy i zasnęła. My podlecieli do niej, a ona leży, jak nieżywa, coś mówi po łacinie i jakby śpi. Później jak się przebudziła, to ja się jej pytam – coś ty mówiła? Z kim rozmawiałaś tak po łacinie? Pytam – ty umiesz po łacinie?, – Nie ja nie umię, ale wtenczas z Matką Boską po łacinie rozmawiałam. Ja się pytam – to co Matka Boska do ciebie mówiła? – Mówiła, żeby ludzie różaniec odmawiali, żeby się modlili to minie kara. Jak ona tak powiedziała, to my wszyscy poklękali i zmówili część różańca w tej intencji i litanię.

Następnego dnia na pastwiska ściągnęły tłumy ludzi z Mazurów, Korczowisk, Markowizny, Zielonki, Woli Raniżowskiej i innych pobliskich wiosek. Przyjechała milicja z Raniżowa. Około godziny osiemnastej tak, jak w poprzedni dzień Marysia zrobiła znak krzyża, złożyła ręce i upadła na plecy. Widzenie z Matką Boską trwałoMazury-6-300x230 godzinę i piętnaście minut. Przez ten czas rozmawiała po łacinie, chwilami jej twarz promieniowała radością, widać było, że bardzo się cieszyła, chwilami smutniała i płakała.Mieszkańcy w Mazurach stryj Marysi, wówczas 33-letni gospodarz – Jan Boguń pamięta doskonale każdy szczegół, z każdego dnia objawień. – Marysia opowiadała mi, jak takie objawienie wygląda. Matka Boska przychodziła na pastwiska, nie zjawiała się. Przychodziła, stawała przed nią, tak metr nad ziemią i rozmawiały ze sobą. W pierwszym dni powiedziała Marysi, że Ona będzie mówiła z nią po polsku, a Marysia po łacinie, żeby ludzie nie rozumieli o czym rozmawiają.
Jak Marysia zapytała się z skąd Ona umie mówić tak ładnie po polsku, to odpowiedziała – „ja bardzo umiłowałam polską mowę. Jeśli ludzie będą mi wierni to rozszerzę polską mowę na cały świat”.
Ludzie, którzy tam byli słyszeli tylko Marysię. Matka Boska mówiła o miłości, o modlitwie, o pokucie. Mówiła, że najważniejsza jest miłość między ludźmi. Na pierwszym miejscu kazała odmawiać różanie, oprócz tego litanię do Matki Boskiej i do Serca Pana Jezusa. Mszy Świętej nie wolno opuszczać.

W czasie widzenia Marysia pytała się o różne rzeczy, o co ją ludzie prosili. Ona jej na wszystko odpowiadała. Po każdym objawieniu, jak Marysia wstała, to mówiła do tłumu to, co Matka Boska chciała przekazać, o miłości, o modlitwie i odpowiadała ludziom pojedynczo na pytania, które wcześniej zadawali. Matka Boska była ubrana cała na biało, biała suknia, biały płaszcz przykrywający głowę. Kraje płaszcza były ozłocone. W rękach trzymała czarny różaniec ze złotym krzyżem. Twarz, ręce i stpy były tak piękne, że nie do opowiedzenia ani nie do opisania. Choćby człowiek cały czas patrzył, to by się nie na wierzył. Tak mi Marysia opowiadała. Pamiętam, jak raz po objawieniu Marysia wstała i kazała mi patrzeć jak Matka Boska odchodzi. Pokazywała mi ręką, palcem i mówiła – patrz tu, o tu jest, idzie do nieba… Ja nic nie widziałem.CUD SŁOŃCA

Wieść o objawieniach na łąkach wsi Mazury rozniosła się po regionie jak błyskawica. We środę 15 czerwca na pastwiskach było już kilka tysięcy osób. Szły kompanie polnymi drogami, ze śpiewem, ze wszystkich stron, z okolic Mielca, Niska, Rzeszowa, a nawet Leżajska. Wszyscy chcieli widzieć Marysię, każdy ją chciał o coś zapytać.

Marysia tymczasem przebywała na posterunku MO w Raniżowie. Po kilkugodzinnym przesłuchaniu i spisaniu protokołu przywieziona została samochodem na pastwiska. Razem z nią przyjechali oficerowie MO, UB i lekarze z zamiarem przeprowadzenia badań.
– Tu już było ich chyba ze czternastu, po obstawianych z bronią, po cywilnemu i kilku w mundurach – wspomina dalej Jan Boguń. Odgrażali, że tych ludzi porozganiają i poaresztują. Nie żartowali. Wtedy przywieźli też doktorów. Mianowali się za doktorów. Może i doktorzy. Kiedy ona tak jak zawsze upadła, to wszyscy chcieli widzieć. Ja byłem najbliżej przy tym i widziałem wszystko dokładnie. Przyszedł jeden, niby doktor, wziął ją za rękę, popatrzył na zegarek i mówi, że zupełnie normalnie. Ramionami poruszył i usunął się. Drugi wziął szpilki sosnowe i widziałem, że tak po oczach kłuł ją tymi szpilkami, czy nie mrugnie. Ona miała oczy zawsze otwarte, bo patrzyła do góry. Ale nic, rzucił to i poruszał ramionami. Trzeci wziął wrzosu gałązkę, wraził jej do nosa, do jednej dziurki, do drugiej, tak jej wiercił, no i nic, rzucił, poruszał ramionami. Tyle było tego badania. Więcej tam nic nie badali. Potem tak mówi – dziewczyna jest chora, bierzemy ją do szpitala! A ojciec jej był wtedy i gada – kto będzie szpital płacił? – My będziemy płacić. – Ja jej samej nie puszczę! – To ojciec pojedzie. A ona się śmiała. Ojciec gada – śmiejesz się Maryś ty głupiaku… – Ja się śmieję, bo wiem z czego.

Ledwo to powiedziała, a tu ludzie się drą, krzyczą – cud! Cud! Paczta na słonko…, ludzie…, widzę to…, a ja to… Ja też się patrzę na słońce, co się stało, co ono…, a ono tak wiruje, widać kolory rozmaite na wszystkie strony. Tak mi się widziało, że słońce leci z góry na ziemię i to z dużą różnicą, nie tak, żeby w miejscu. Ono nie leciało jak kula, ale wirowało. Kręciło się wkoło i spadało do dołu. Ludzie bali się, że spadnie na ziemię i zaczęli krzyczeć, piszczeć ze strachu, z przerażenia. Słońce dawało różne kolory, takie promienie cienkie, długie jak od gwiazdy. Nawet nie trzeba było się
na słońce patrzeć, bo te kolory były na ziemi, na lesie, na trawie. Cud SłońcaKolory się zmieniały, zielone, ciemno zielone, żółte, pomarańczowe, fioletowe i rozmaite, podobnie jak na tęczy. To trwało dość długo, przez kilkanaście minut, to nie było szybko.
Ja obserwuję to słońce, nareszcie patrzę czy jej nie porwali, ona przy mnie stoi, a ci już w tym czasie uciekli do samochodu i odjechali. Moja baba pasła krowy tam koło nich i słyszała jak biegli do samochodu i mówili, że rzeczywiście coś jest.

Jak to wszystko się uspokoiło to wszyscy chcieli ją widzieć. Chłopy wzięli ją na ramiona i podnieśli do góry. Wtedy ukazał się nad nią jasny obłok. Był on tak wielki, że przykrywał wszystkich ludzi. Znajdował się bardzo nisko, na wysokości wierzchołków drzew, a może niżej. Następnie obłok wzbił się do góry i nie wiadomo było, gdzie się podział, aż potem ktoś zauważył, że obją wieżę kościelną i cały dach mazurskiego kościoła. Wyglądało to tak, jakby się kościół palił. Blacha na kościele dostała taki blask, jakby była ze złota. To też trwało kilka minut. Jeden drugiemu pokazywał – widzisz, widzisz. To wszystko widziało dużo ludzi. Każdy mówił, że widział. Nie wiem czy pamiętają to do dzisiaj, czy tą pamięć stracili, czy wtedy udawali, że to widzą.

Stanisława S. z Mazurów, wówczas osiemnastoletnia dziewczyna cud słońca widziała podobnie. – Zaczęły się dziać niesamowite, nienormalne rzeczy. Na początku wydawało mi się, że było jakby lekkie przyćmienie słońca. Nie dawało żadnych promieni, tak jakoś zrobiło się szaro. W powietrzu było jakoś dziwnie. Można było patrzeć na słońce i w oczy nie raziło, tylko tak wirowało. Zaraz potem wydawało mi się, że stoimy w kolorach tęczy. Falowało różnymi tęczowymi kolorami, żółto, zielono, różowo. Te tęcze były tak piękne, że nie da się nawet opowiedzieć. Dla kogoś kto tego nie widział, to jest nie do wyobrażenia. To sięgało od pastwisk po kościół. Cały kościół był w tęczy. Dzisiaj kościoła z pastwisk nie widać bo zasłonił go las, ale wtedy był dobrze widoczny. Wszyscy ludzie krzyczeli – cud, cud, cud… Co do tego blasku, tych tęczowych kolorów to gotowa jestem przysięgać, że widziałam.
Cud słońca we środę 15 czerwca oglądali ludzie zgromadzeni wokół Marysi, ale nie wszyscy. Nie widzieli także ci, którzy byli oddaleni od tego miejsca, paśli krowy na pastwiskach, albo pracowali przy sianie. Niektórzy na przykład, jak wspomniany już Wojciech Popek, wówczas 48-letni gospodarz, widzieli tylko wirowanie słońca. – Ja wtenczas widziałem, jak to słońce wirowało, do góry i na dół,do góry szło parę metrów i na dół. Tak kilka razy chodziło, unosiło się i wirowało. Było o barwie czerwonej. Inni mówią, że jasność widzieli, kolory, ja więcej nic nie widziałem nic. Moja żona też to widziała. Widziała koło tego słońca kolory, jakie są tylko na świecie.

CUD SŁOŃCA PO RAZ DRUGI
We czwartek 16 czerwca, w święto Boże Ciało w miejscu objawień było już osiem tysięcy ludzi. Wśród nich był również 27 letni Jakub Matuła, późniejszy sołtys wsi Mazury. – Ona już pasła krowy, jak zwykle latała koło tych krów, nawracała, i co chwilę popatrywała na zachód, na słońce. Wnet poleciała w to miejsce i nawet nie zauważyłem, jak się kładła. Wtedy zrobiliśmy dookoła niej taki pierścień, koło o średnicy sześciu metrów. Wzięliśmy się chłopy mocno za ręce, pod pachy i trzymaliśmy się jeden drugiego, żeby jej nie zatratowali. Narodu było okropnie dużo. Ludzie parli z tyłu, bo każdy chciał widzieć co się będzie działo. Ja byłem blisko niej. Jak się już położyła, to za chwilę zobaczyłem nad nią niebieską mgłę. Nie mogłem sobie uzmysłowić co to się stało, co to jest, przecież to nie był wieczór.

Była to piękna chmurka jasno-niebieska, koloru błękitu nieba. Wisiała ona tak niewiele ponad metr nad Marysią i była prawie takiej wielkości jak ona. Utrzymywała się przez całe jej zaśnięcie. Takiej mgły nie widziałem nigdy i nie zobaczę. Jak Marysia się obudziła to wtenczas mgła zginęła i było normalne powietrze. Innych rzeczy wtedy nie widziałem, ani ze słońcem, ani z kolorami. Wtenczas mocno uwierzyłem. Nie wiem czy ktoś więcej widział tę mgłę, czy nie.

Wtedy jak ona leżała przedostał się do niej ksiądz Gołdasz, proboszcz raniżowski, który zastępował w Mazurach aresztowanego przez UB księdza Bąka. Przykucnął i badał ją. Brał za ręce, macał poMazury-1-300x225 oczach, po rękach. Później jak się obudziła ksiądz wstał i powiedział – ludzie rozejdźcie się, tu nic nie ma. Więcej nic nie mówił, ani źle, ani dobrze. Wstał i poszedł.
W tym czasie ludzie już zaczęli krzyczeć głośno na cały głos – paczta się, jak się słońce kołysze! Podobno słońce dostawało różnych kolorów i wirowało. To widziało bardzo dużo ludzi. Według mojego szacunku około trzecia część zgromadzonych. Ja patrzyłem się chwilę na słońce i nic nie widziałem.

Cud słońca, który powtórzył się po raz drugi oglądały masy ludzi. Jednak i tym razem nie wszystkim tam obecnym dane było go oglądać. Pogoda we środę, jak i we czwartek była piękna, słoneczna, niebo czyste bezchmurne. Codziennie w porze objawień pogoda była słoneczna. W innych porach dnia często padał deszcz, nie raz ludziom siano zamokło, ale na tedy zawsze się wypogodziło.
Przez całe dnie, wieczory i noce rosła w ludziach wiara. Rosła chwała Boża. Przez mazurskie łąki niosły się słowa różańca. Nieustannie rozbrzmiewały pieśni do Matki Boskiej, nie ważne czy Leżajskiej, Częstochowskiej, Anielskiej, czy Nieustającej Pomocy. Tam była jedna Matka Boska, nie ważne w jakim stroju. Jedna, tak bardzo ukochana przez lud. (cdn.)

Na dzień dzisiejszy Biskup miejsca zabronił odprawiania mszy św. w tym miejscu. Nie jest zabronione modlić się tu indywidualnie lub zbiorowo. Najpierw trzeba odwiedzić kościół na Mazurach.
Z tego co udało się ustalić cudajezusa.pl badanie ze strony kościelnej zostało przeprowadzone nierzetelnie i zamiecione pod dywan. Proboszcz miejsca a świadkowie którzy jeszcze żyją, nie zostali jeszcze przesłuchani. Cuda nie zostały spisane przez diecezję, a wciąż się cuda dzieją.

Wiemy o pani, która została uzdrowiona z raka piersi , miała mieć operację w Lublinie, jest dokumentacja medyczna i jest takich świadectw więcej. Maryja powiedziała, że tu jeszcze powróci ze wschodu. Może już jest ten czas? Katarzyna Szymon stygmatyczka ze Śląska, którą darzył wielkim szacunkiem św. Jan Paweł II , mówiła że tu objawia się Maryja naprawdę.
Módlmy się o pozytywną ocenę Kościoła i powrót do tych objawień. Ponieważ znaki mówią, że to samo niebo interweniuje.
A do biskupów, kardynałów, dziekanów wołamy ” Ruszcie się z kanapy”
źródło: cudajezusa.pl

Prawda o nadprzyrodzonym Zmartwychwstaniu Jezusa

Relacje mówiące o Zmartwychwstaniu Jezusa, które są w Ewangeliach oraz w listach św. Pawła, wzajemnie się uzupełniają i nie są ze sobą sprzeczne. W oparciu o te opisy otrzymujemy wiarygodny przekaz prawdy o Zmartwychwstaniu Chrystusa i Jego spotkaniach z apostołami i uczniami.

Przekaz prawdy o Zmartwychwstaniu Chrystusa jest jasny i prosty: Jezus umarł na krzyżu w straszliwych cierpieniach, został złożony do grobu i trzeciego dnia zmartwychwstał. Po swoim Zmartwychwstaniu ukazywał się wielu osobom, które stały się świadkami tego, że On żyje.

Świadkowie Zmartwychwstałego

Apostołowie i uczniowie Jezusa najpierw byli świadkami Jego okrutnej męki i śmierci na krzyżu. Było to dla nich szokujące doświadczenie, które spowodowało, że stracili wszelką nadzieję. Przed złożeniem do grobu ciało Jezusa zostało namaszczone i owinięte płótnem grobowym. Wiemy, że użyto do namaszczenia około 30 kg mirry i aloesu (J 19,39-40).

Następnie owinięte jak kokon ciało Jezusa zostało złożone w nowym grobowcu wydrążonym w skale (Mt 27,60). Wejście do grobu Jezusa zamknięto potężnym głazem (Mk 16,4), który mógł ważyć około dwóch ton, oraz zaplombowano je pieczęcią władz rzymskich. Na dodatek, na prośbę przywódców żydowskich, Piłat wysłał oddział żołnierzy, aby pilnowali grobu.

Niezwykłe, nadprzyrodzone zmartwychwstanie dokonało się w środku nocy; nikt nie widział, jak to się stało. Potężny głaz został odsunięty, pieczęcie złamane, a przerażeni żołnierze uciekli. Kiedy kobiety przybyły do grobu wczesnym rankiem w pierwszy dzień tygodnia, zobaczyły, że grób jest pusty. Przestraszone wróciły i poinformowały o wszystkim apostołów. Piotr i Jan natychmiast pobiegli do grobu, w którym zobaczyli tylko płótna grobowe Jezusa. Apostoł Jan, widząc, że płótna są nienaruszone, ale puste w środku, już wtedy uwierzył w Zmartwychwstanie Jezusa. Sam napisał o tym po wielu latach: „ujrzał i uwierzył” (J 20,8). Nienaruszony i równocześnie spłaszczony kształt płócien nasuwał logiczny wniosek: nikt ciała Jezusa nie wyjął, musiało ono w tajemniczy sposób przeniknąć przez owijające je płótna, a dokonać się to mogło tylko w momencie Zmartwychwstania. Na płótnie grobowym, które zachowało się do naszych czasów, Pan Jezus zostawił odbicie całego swojego ciała. Jest to negatyw fotograficzny; odbicie jest trójwymiarowe, które – jak twierdzą naukowcy – dokonało się na skutek promieniowania potężnej energii od wewnątrz. Także skrzepy krwi na Całunie są nienaruszone, a więc nie ma śladów odrywania ciała od płótna. Ciało musiało przeniknąć przez owijający je Całun.

Zakończone w grudniu 2011 r. badania naukowe, które przez pięć lat były przeprowadzane w Ośrodku Badań Jądrowych we Frascati pod Rzymem, wykazały, że współczesna nauka nie jest w stanie stworzyć takiego odbicia, jakie jest na Całunie Turyńskim. Naukowcy obliczyli, że tajemniczy błysk energii, który doprowadził do powstania obrazu na Całunie, musiał mieć moc bliską 34 bilionów watów promieniowania ultrafioletowego próżniowego. Przy obecnym stanie wiedzy i możliwościach technicznych dysponujemy urządzeniami, które mogą wytworzyć promieniowanie o sile tylko kilku miliardów watów UV próżniowego. W chwili Zmartwychwstania Jezus zostawił także odbicie swojej zmartwychwstającej twarzy na chuście z bisioru, która była położona w grobie na Jego głowie. To cudowne odbicie twarzy Chrystusa, znajduje się w Manoppello.

Zmartwychwstały Pan objawiał się tylko swoim przyjaciołom. Nie objawił się oprawcom, którzy skazali Go na śmierć, czy tłumowi, który krzyczał przed Piłatem, aby Go ukrzyżować. Jezus nie chciał nikogo upokarzać. Objawiał się tak, aby ludzie dobrej woli przekonali się, że On żyje w tym samym ciele, które po śmierci zostało zawinięte w płótna i pochowane w grobie. Objawiając się, Chrystus nikogo nie zniewala, tylko apeluje do wolnej woli każdego człowieka, aby uwierzył w fakt Jego Zmartwychwstania, aby przyjął dar Jego miłosiernej miłości, która gładzi wszystkie grzechy, i definitywnie zerwał z wszelkim złem.

Spotkanie ze zmartwychwstałym Jezusem było dla apostołów i uczniów czymś absolutnie nieoczekiwanym. Byli oni w szoku, kiedy zobaczyli Go po Zmartwychwstaniu, ale szybko się przekonali, że to jest ten sam Jezus, którego ukrzyżowano i złożono do grobu. Kiedy z Nim rozmawiali, dotykali Go, spożywali z Nim posiłek, kiedy przychodził do nich pomimo zamkniętych drzwi, kiedy pojawiał się i znikał, wtedy upewnili się, że to jest ten sam ich Mistrz i Nauczyciel, ale już w uwielbionym ciele, w innym wymiarze rzeczywistości, że nie należy do świata ziemskiego i żyje życiem, które nie podlega śmierci.

„Zmartwychwstanie potwierdza prawdę o Boskości Jezusa: »Gdy wywyższycie Syna Człowieczego, wtedy poznacie, że JA JESTEM« (J 8,28). Zmartwychwstanie Ukrzyżowanego pokazało, że On prawdziwie był »JA JESTEM«, Synem Bożym i samym Bogiem” (KKK 653). Dopiero obcując ze zmartwychwstałym Jezusem, apostołowie i uczniowie zrozumieli, że jest On Bogiem, obiecanym Mesjaszem, w którym wypełniły się wszystkie proroctwa mesjańskie Starego Testamentu. Dlatego z niezwykłą mocą i odwagą, mimo okrutnych prześladowań, głosili radosną prawdę o Zmartwychwstaniu Chrystusa. Nauczali, że Jezus jest prawdziwym Bogiem, który w swojej Męce, Śmierci i Zmartwychwstaniu dokonał naszego zbawienia. Ci, którzy spotkali zmartwychwstałego Jezusa, do tego stopnia byli pewni faktu Jego Zmartwychwstania, że prawie wszyscy w obronie tej prawdy nie wahali się ponieść męczeńskiej śmierci. Jedenastu apostołów oddało swoje życie za głoszenie tej prawdy. Zginęli śmiercią męczeńską przez ukrzyżowanie: Piotr, Andrzej, Jakub, syn Alfeusza, Filip, Szymon i Bartłomiej. Natomiast Mateusz i Jakub, syn Zebedeusza, zostali ścięci mieczem. Tomasza przebito włócznią, Judę Tadeusza zastrzelono z łuku, a Jakuba, kuzyna Jezusa, ukamienowano. Tylko apostoł Jan umarł śmiercią naturalną na zesłaniu.

Jest to niesamowity fenomen w historii ludzkości: pomimo ciągłych krwawych prześladowań chrześcijaństwo rozprzestrzeniało się z tak niespotykaną siłą wśród wszystkich warstw społecznych, że w 313 r. stało się religią oficjalnie uznaną przez władze rzymskie.
Czym jest Zmartwychwstanie Jezusa?

Przez swoje Zmartwychwstanie Jezus objawił, że jest nie tylko zapowiadanym przez stulecia i oczekiwanym przez Żydów Mesjaszem, ale że jest On prawdziwym Bogiem, Synem Bożym, „który dla nas, ludzi, i dla naszego zbawienia zstąpił z nieba. I za sprawą Ducha Świętego przyjął ciało z Marii Dziewicy, i stał się człowiekiem”. Jako prawdziwy Bóg i prawdziwy człowiek, wziął z historii całej ludzkości wszystkie grzechy i cierpienia. W swojej Męce, Śmierci i Zmartwychwstaniu zwyciężył wszelkie zło i nadał ostateczny sens ludzkiemu życiu, cierpieniu oraz śmierci.

Dzięki Zmartwychwstaniu Chrystusa życie ludzkie na ziemi staje się drogą do nieba wtedy, gdy człowiek całego siebie zawierzy Chrystusowi i całkowicie zerwie z wszelkim grzechem. Zmartwychwstały Chrystus przed każdym człowiekiem otwiera perspektywę życia wiecznego, uczestniczenia w naturze samego Boga, a więc ofiarowuje całkowicie nowy rodzaj przyszłości. Święty Piotr pisze: „zostały nam udzielone drogocenne i największe obietnice, abyście się przez nie stali uczestnikami Boskiej natury, gdy już wyrwaliście się z zepsucia [wywołanego] żądzą na świecie” (2 P 1,4).

W chwili Zmartwychwstania człowieczeństwo Jezusa, a więc Jego prawdziwe ludzkie ciało i ludzka dusza, które rozdzieliła śmierć, zostały zjednoczone, a człowieczeństwo Jezusa weszło w całkowicie nowy, nieśmiertelny wymiar istnienia. Świadkowie, którzy spotkali Zmartwychwstałego, zdawali sobie sprawę z tego, że jest to zupełnie nowa rzeczywistość, która całkowicie ich przerasta. Zmartwychwstanie nie jest wskrzeszeniem zwłok, tak jak miało to miejsce w przypadku Łazarza (J 11,1-44), córki Jaira (Mk 5,25-43) i młodzieńca z Naim (Łk 7,11-17). Życie Łazarza i innych ludzi wskrzeszonych przez Jezusa któregoś dnia definitywnie zakończyło się śmiercią. Natomiast życie po zmartwychwstaniu trwa wiecznie. Po zmartwychwstaniu Jezus ma prawdziwe ciało, „ciało i kości” (zob. Łk 24,36-43), ale jest to ciało uwielbione, nie podlegające prawu śmierci. Zmartwychwstały Chrystus w swoim uwielbionym ciele jest poza czasem i przestrzenią, nie podlega ograniczeniom materii, jest wszechobecny i jest dla wszystkich ludzi dostępny jako jedyne źródło Bożego Miłosierdzia i życia wiecznego. Zmartwychwstały Chrystus otwiera przed każdym człowiekiem wspaniałą przyszłość, daje nam wszystkim możliwość uczestniczenia w Jego Zmartwychwstaniu, w Jego ostatecznym zwycięstwie nad szatanem, grzechem i śmiercią.

„Chrystus zmartwychwstał jako pierwociny tych, co pomarli” (1 Kor 15,20) – pisze św. Paweł. Zmartwychwstanie Chrystusa jest więc wydarzeniem, które dotyczy każdego człowieka, gdyż otwiera ono przed wszystkimi ludźmi możliwość uzyskania przez nich przebaczenia grzechów, życia wiecznego oraz zmartwychwstania ciał. „Jezus łączy wiarę w zmartwychwstanie naszych ciał ze swoją Osobą: »Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem« (J 11,25). To Jezus jest Tym, który w ostatnim dniu wskrzesi tych, którzy będą wierzyć w Niego (por. J 5,24-25; 6,40) i którzy będą spożywać Jego Ciało i pić Jego Krew (por. J 6, 54)” (KKK 994).
Jeżeli uwierzysz, osiągniesz zbawienie

Zmartwychwstanie Chrystusa jest faktem, dzięki któremu zaistniała wspólnota Kościoła; jest ono fundamentem, z którego wyrasta i na którym wznosi się gmach całej chrześcijańskiej wiary. Jezus Chrystus zmartwychwstał i jest z nami „przez wszystkie dni, aż do skończenia świata” (Mt 28,20) we wspólnocie swojego Kościoła, którą On sam powołał do istnienia. To zmartwychwstały Jezus tworzy wspólnotę katolickiego Kościoła, gdyż On sam jest „Głową dla Kościoła, który jest Jego Ciałem, Pełnią Tego, który napełnia wszystko wszelkimi sposobami” (Ef 1,22-23). Kościół katolicki jest więc największym skarbem dla całej ludzkości. Kościół to Chrystus i my wszyscy, grzesznicy, których On, zmartwychwstały Pan, uwalnia z niewoli grzechów i czyni świętymi, czyli dojrzałymi do miłości i do nieba.

„Jeżeli więc ustami swoimi wyznasz, że Jezus jest Panem, i w sercu swoim uwierzysz, że Bóg Go wskrzesił z martwych – osiągniesz zbawienie” (Rz 10,9). Każdy, kto uwierzy w Chrystusa i Mu zaufa, doświadczy potęgi Jego Zmartwychwstania w swoim życiu. Doświadczy cudu przebaczenia wszystkich swoich grzechów i otrzyma dar życia wiecznego w sakramentach pokuty i Eucharystii. Stanie się nowym stworzeniem w Chrystusie (2 Kor 5,17).
źródlo: milujciesie.org.pl

Odmawiajcie różaniec to broń przeciwko szatanowi

Gdy na dwa dni przed swoją śmiercią, zapytano o. Pio, co miałby ważnego do przekazania ludziom, odpowiedział: „Chciałbym zaprosić wszystkich grzeszników z całego świata, aby kochali Matkę Bożą. Odmawiajcie zawsze różaniec. I odmawiajcie go tak często, jak tylko możecie. Szatan stara się zawsze zniszczyć tę modlitwę, ale to mu się nigdy nie uda. To jest modlitwa Tej, która króluje nad wszystkim i wszystkimi. To Ona nauczyła nas modlić się na różańcu, tak jak Jezus nauczył nas mówić Ojcze nasz.”

Słowo „różaniec” pochodzi od łacińskiego słowa rosarium, które oznacza ogród różany. Ilekroć odmawiamy różaniec, ofiarowujemy Matce Bożej pęk róż – wieniec najpiękniejszych modlitw połączonych z medytacją nad tajemnicami naszego zbawienia. Różaniec jest potężną bronią w walce z siłami zła, które wszelkimi sposobami starają się doprowadzić ludzi do zguby wiecznej. Różaniec jest najsubtelniejszą i najprostszą spośród wszystkich istniejących modlitw. Rozpoczyna się od rozważania tajemnicy zwiastowania i prowadzi nas przez tajemnice życia, śmierci i zmartwychwstania naszego Pana Jezusa.

Pewnego razu zapytano papieża Piusa IX, jaki jest najwspanialszy skarb Watykanu. W odpowiedzi wyciągnął różaniec, i trzymając go171px-popepiusix nad głową powiedział: „Oto najwspanialszy skarb Watykanu”.
Święty Ludwik Maria Grignon de Montfort, zwany nadzwyczajnym kaznodzieją różańcowym, odmawiał codziennie różaniec, angażując w tę modlitwę całe swoje serce. Często powtarzał: „Z całego serca proszę was, abyście codziennie odmawiali różaniec. Gdy śmierć będzie blisko, błogosławić będziecie tę godzinę, w której wzięliście sobie do serca to, co wam mówiłem. Moje Zdrowaś Maryjo, mój różaniec z piętnastoma czy pięcioma dziesiątkami jest modlitwą i niezawodną próbą, przy pomocy której mogę odróżnić tych, którzy są prowadzeni przez Ducha Bożego od tych, którzy są zwodzeni przez diabła. Nawet gdy jesteś na krawędzi potępienia, nawet gdy jesteś jedną nogą w piekle, nawet jeżeli zaprzedałeś swoją duszę diabłu, różaniec wyjedna ci skruchę i przebaczenie grzechów”.

Błogosławiony Allan opowiada o zakonnicy, która miała wielkie 0103-alan_1nabożeństwo do różańca. Po śmierci ukazała się jednej ze swoich sióstr i powiedziała: „Gdyby pozwolono mi powrócić do mego ciała, by mieć możliwość odmówienia chociaż jednego Zdrowaś Maryjo – nawet gdybym miała modlić się w pośpiechu i bez należytego skupienia – chętnie przeszłabym przez cierpienia ostatniej choroby jeszcze raz, aby móc uzyskać łaski płynące z tej modlitwy”.

Biskup, który miał zadecydować, czy wyświęcić na kapłana przyszłego proboszcza z Ars, bał się podjęcia takiej decyzji, ponieważ św. Jan Maria Vianney nie dawał sobie rady z nauką. W końcu biskup postawił decydujące pytanie: „Czy umiesz odmawiać różaniec?”, „Kocham tę modlitwę” odpowiedział Vianney. Słysząc taką odpowiedź biskup powiedział: „Wyświęćmy go. Będzie dobrym0408-jan_2 księdzem”.

Pewien student uniwersytetu jadący pociągiem z Dijon do Paryża zajął miejsce obok skromnie ubranego mężczyzny, który odmawiał różaniec, wolno przesuwając paciorki w palcach. „Proszę skorzystać z mojej rady i wyrzucić ten różaniec przez okno i trochę poczytać, co na temat wiary w Boga mówi nauka. Proszę mi dać pański adres, a ja prześlę panu literaturę, która panu w tej sprawie pomoże”. Mężczyzna podał młodemu człowiekowi swoją wizytówkę: „Ludwik Pasteur, Dyrektor Instytutu Badań Naukowych, Paryż”. Ludwik Pasteur był jednym z największych naukowców w XX wieku i twórcą nowoczesnej bakteriologii. Każdego dnia odmawiał różaniec.

Gdy spytano małą Hiacyntę, o co najbardziej prosiła Matka Boża podczas fatimskich objawień, odpowiedziała: „O codzienne odmawianie różańca”. Przypomniał o tej prośbie Matki Bożej Ojciec Święty Jan Paweł II podczas pobytu w Fatimie 13 maja 1982 r. mówiąc, że najistotniejszą treścią fatimskiego orędzia jest wezwanie aby „modlić się, modlić się i jeszcze raz modlić się”. Jeżeli chcesz wzrastać w świętości, uciekaj się pod opiekę Maryi Dziewicy, która jest twoją prawdziwą Mamą!

Matka Boża objawiając się w Fatimie, przyszła do nas, Jej ukochanych dzieci, aby ostrzec i uchronić przed wielkim niebezpieczeństwem utraty życia wiecznego. Pierwszym krokiem w kierunku piekła jest zaniedbanie modlitwy. Jeżeli ktoś przestanie się modlić, bardzo szybko utraci wiarę i stanie się bezwolnym narzędziem w rękach sił zła. Zaprzestanie modlitwy prowadzi do utraty wiary i zniewolenia przez różnego rodzaju grzechy. Kto się nie modli, nie ma siły, by obronić się przed działaniem diabła, który „ jak lew ryczący krąży szukając kogo pożreć” (1P 5,8). Dlatego Maryja w Fatimie daje nam broń do ręki w walce z siłami zła i mówi:

Jestem Panią Różańca. Przyszłam ostrzec wiernych, aby poprawili matka_boza_fatimskasię i błagali o przebaczenie grzechów. Nie wolno im więcej obrażać Pana Boga, ponieważ jest już zbyt ciężko obrażany grzechami ludzi. Ludzie muszą odmawiać różaniec. Niech odmawiają go każdego dnia.

W obecności 70 tysięcy ludzi Maryja odchyliła swymi dłońmi promienie słoneczne. Łucja instynktownie wskazała na słońce i krzyknęła do ludzi: „Spójrzcie na słońce!”, które zaczęło wirować jak ogniste koło i zbliżać się do ziemi, rzucając promienie kolorowego światła. Wydawało się, że nastąpi kosmiczna katastrofa zderzenia słońca z ziemią. Zgromadzeni ludzie, wśród których byli dziennikarze głównych portugalskich gazet, wielu ateistów i masonów, ludzi wykształconych i prostych, osób z różnych klas społecznych, wszyscy stali oniemiali jak małe dzieci. Dla potwierdzenia prawdziwości objawień, Bóg dokonał niezwykle spektakularnego cudu w przepowiedzianym czasie i miejscu. Był to od czasu zmartwychwstania Chrystusa „najbardziej oczywisty i największy cud w historii”, powiedział naukowiec Pio Sciatizzi, który był świadkiem tego wydarzenia. Ateiści na widok tego cudu słońca, przeżyli duchowy wstrząs i nawrócenie. Matka Boża w Fatimie prosi i błaga nas abyśmy odwrócili się od grzechów i każdego dnia modlili się na różańcu, ponieważ jest to niezwykle skuteczna „broń” w walce z szatanem.

Matka Teresa z Kalkuty często przypominała ludziom: „Odmawiajcie różaniec codziennie i uczcie innych go odmawiać”. Kamery telewizyjne zarejestrowały, że kiedy senator Robert Kennedy został śmiertelnie raniony przez zamachowca, jego ostatnim ruchem było sięgnięcie do kieszeni, wyjęcie różańca i przytulenie go do swego serca.

Gdzie można odmawiać różaniec? Gdziekolwiek: spacerując, prowadząc samochód, pracując, orząc pole. Gdy nie możesz spać, odmawiaj różaniec polecając Maryi wszystkie swoje kłopoty i problemy. Skuteczności wstawiennictwa Maryi doświadczyli wszyscy, którzy powierzyli Jej całe swoje życie oraz wszystkie troski, radości i problemy. Za przyczyną Matki Bożej nawracali się najbardziej zatwardziali grzesznicy i niejedna letnia dusza została wyniesiona do wielkiej cnoty i świętości.

Przez modlitwę różańcową możemy bardzo pomagać duszom w czyśćcu cierpiącym w ich dojrzewaniu do nieba. Św. Jan Matias z Limy, zwany „przyjacielem biednych dusz”, każdej nocy klęcząc, odmawiał trzykrotnie różaniec za dusze cierpiące w czyśćcu. Św. Jan Ewangelista, do którego żywił wielkie nabożeństwo, miał mu podobno objawić, że poprzez modlitwę różańcową uwolnił wielką liczbę dusz z czyśćca.

Różaniec można nazwać królową modlitw. Jest skróconą wersją matka-boza-jpiiEwangelii. Ukazuje nam Jezusa takim, jakim Go Maryja widziała i kochała, we wszystkich etapach jego zbawczego dzieła. Łączy on modlitwę ustną i myślną. Jest niezwykle skutecznym sposobem trwania w obecności wszechogarniającej miłości Jezusa i Maryi. Na początku każdej dziesiątki różańca powinniśmy najpierw przedstawić sobie daną tajemnicę zbawienia, oraz podać intencję, w której się chcemy modlić.

Bierzmy przykład od mistrzów życia duchowego z dawnych czasów, oddając się w macierzyńską niewolę miłości Maryi, abyśmy pod Jej przewodem i wierni nauczaniu Jej Syna, mogli dojrzewać do miłości i dobrze przygotować się na najważniejsze wydarzenie naszego ziemskiego życia, jakim będzie spotkanie z Chrystusem twarzą w twarz w chwili śmierci.
Źródło: milujciesie.org.pl

Jaką cenę zapłaciła Lorraine V. Murray za swój feminizm?

Lorraine V. Murray zapłaciła za swój feminizm wysoką cenę. Najwidoczniejsze koszty tej feministki to: syndrom postaborcyjny, „pusta kołyska”, rak piersi będący wynikiem stosowania środków antykoncepcyjnych, poranienia w sferze psychicznej i życiowa pustka. 

Lorraine V. Murray obroniła doktorat z filozofii na uniwersytecie w Gaines­ville. Praca nosiła tytuł: Feministyczna teoria autentyczności i udowadniała, że różnice płciowe są wynikiem warunkowania, a nierówność między kobietami i mężczyznami może być zniesiona przez androgeniczność.

Lorraine opierała się na feministycznych pismach Simone de Beauvoir, uczennicy Sartre’a, która głosiła wyswobodzenie kobiet, m.in. przez usunięcie balastu – dzieci, bo bycie matką i gospodynią domową jest czymś gorszym niż praca zawodowa, ta zaś była konieczna, by życie kobiety nabrało sensu.

Swoją karierę naukową Lorraine rozpoczęła w latach sześćdziesiątych XX wieku na University of Florida, gdzie – jak sama wyznaje w swej książce – „bardzo wielu profesorów i studentów uważało, że nie istnieje nic większego od ich intelektu”.

Choć wychowywała się w rodzinie katolickiej, porzuciła na studiach wiarę, uznając ją za rodzaj osobliwego nałogu, który każdy dorosły człowiek powinien porzucić. To odrzucenie Boga dawało jej zielone światło do podjęcia stylu życia, który wydawał się tak mądry i kuszący…

Seks bez ograniczeń

Właśnie wtedy rodziło się pokolenie hippisów, głoszące nowe życie bez ograniczeń. Przepustką do wolności stał się wyzwolony seks.

Kwitła propaganda feministyczna wzywająca kobiety do czynienia „pierwszego kroku”. Lorr­aine zamieniła różaniec na kolorowe koraliki, krzyż na pacyfę i przystąpiła do grona buntowników.

Dorobkiem tych zmian było bujne życie towarzyskie, pełne popijaw i popalania nielegalnej marihuany, oraz kolejne wolne związki kończące się rozczarowaniami.

Tak wspomina tamten okres:

„Minęło dobrych parę lat, zanim dotarło do mnie, że postulat »wolnej miłości« był w rzeczywistości jednym wielkim kłamstwem. Nic dziwnego, że to właśnie faceci skwapliwie korzystali z dobrodziejstw łóżkowych swobód (…).

Przez kilka kolejnych lat wielokrotnie powtarzałam ten sam smutny schemat: zakochiwałam się w jakimś błyskotliwym przystojniaku, pełna nadziei, że nasz związek przerodzi się w coś poważnego. Wielu facetów nie szukało jednak nikogo na dłużej, a tylko korzystało z możliwości przelotnego skoku w bok.

Pragnęłam znaleźć mężczyznę, który by mnie kochał i cenił, który by się o mnie troszczył i który by mnie poślubił. Nie docierało jednak do mnie, że uprawianie seksu do tego celu nie doprowadzi. (…)

Wszystko, co wiedziałam, to to, że wreszcie dorosłam. I jeśli nawet cierpiałam z powodu sposobu, w jaki traktowali mnie mężczyźni, to ból ten traktowałam jako nieodłączny element dorosłości. (…)

Gdy myślę o moim życiu w Gainesville, o moich wszystkich nieudanych związkach, zastanawiam się: czyżbym szukała wówczas mężczyzny, który miał mi zastąpić Pana Boga? Pragnęłam kogoś, kto wybawi mnie ode mnie samej, kto pokocha mnie bezwarunkowo, kto będzie się o mnie troszczył i pozostanie mi wierny na zawsze.

Nie mogłam zrozumieć, w czym tkwi błąd. Wiele moich koleżanek o tradycyjnych poglądach powychodziło już za mąż, jednak nie takie wolnomyślicielki jak ja. My, kobiety wyzwolone z dawnych zasad i ograniczeń, nieustannie potykałyśmy się o własne nogi i padałyśmy na nos”.

Seks bez zobowiązań stał się możliwy dzięki pigułce antykoncepcyjnej, która zadebiutowała wtedy na rynku. Miała ona zmniejszyć prawdopodobieństwo zajścia w ciążę, tak by i kobiety mogły cieszyć się seksem bez ograniczeń i nie musiały się męczyć innymi niewygodnymi środkami antykoncepcyjnymi.

Skutki uboczne, takie jak bóle głowy, nudności, depresje czy możliwość wystąpienia zatorów naczyniowych i raka, nie przerażały młodych dziewczyn, które traktowały pigułkę jako środek tymczasowy i które nieczęsto zastanawiały się nad tym, że żadna pigułka

„nie mogła zmniejszyć oczekiwań kobiecego serca wobec ukochanego mężczyzny”.

Cudowna pigułka

Pewnie nic dziwnego, że gdy pigułka zawiodła, a Lorraine z jednym ze swych przechodnich partnerów zaszła w ciążę, kolejnym łatwym rozwiązaniem stało się dokonanie aborcji. Propaganda feministyczna głosiła przecież prawo kobiety do swobodnego kształtowania własnego życia – czyli do aborcji.

Płód był niczym więcej, jak tylko zlepkiem komórek. Ówczesne artykuły prasowe przedstawiały aborcję jako „prosty zabieg podobny do wizyty u dentysty”. Lorraine tak wspomina to wydarzenie:

„Poszłam do kliniki, oczekując stosunkowo bezbolesnej procedury, wychodziłam zaś stamtąd w przekonaniu, że autorzy tamtych artykułów po prostu mnie oszukali. Zabieg okazał się męką, bo nie zastosowano żadnych środków znieczulających.

To traumatyczne przeżycie stało się pierwszą rysą na moim feministycznym pancerzu. Jednak pomimo bólu opuściłam klinikę aborcyjną z uczuciem wielkiej ulgi – mój problem został rozwiązany, mogłam normalnie wrócić do swoich spraw. Ale nikt nie uprzedził mnie o tym, że przebłyski przeszłości potrafią wracać.

Wszystko zaczęło się jakiś rok po »zabiegu«. Za każdym razem, gdy o nim myślałam, przypominało mi się, jak wchodzę do kliniki, jak kładę się na stole operacyjnym, jak mnie badają, czuję ten straszliwy ból, a potem leżę tam i oszołomiona z trudem łapię powietrze”…

Towarzyszyły jej również i inne objawy syndromu postaborcyjnego: nerwowa reakcja na widok małych dzieci; nieustanne poczucie winy, niepokój i samooskarżenie, dręczące myśli:

„ile lat, ile miesięcy miałoby teraz moje dziecko?”…

Wszystkie te wyrzuty próbowała wyprzeć i uciszyć, głosząc prawo do aborcji ex cathedra swoim studentom, jednak nie to przyniosło ukojenie. Uzdrowienie przyszło po wielu, wielu latach, gdy zwróciła się do Jezusa miłosiernego.

Pigułka antykoncepcyjna, która miała dać poczucie bezpieczeństwa, zawiodła. Potem poprowadziła do aborcji, a jeszcze później – gdy Lorraine była już mężatką – wraz z wieloma innymi czynnikami doprowadziła ją do emocjonalnego paraliżu, obsesyjnej nieumiejętności przyjęcia dziecka:

„Za każdym razem – wyznaje Lorraine – kiedy przymierzałam się do odstawienia środków antykoncepcyjnych, opanowywał mnie dziwny strach. Zaplątana w pajęczynę obsesyjnych obaw rozpoczęłam pierwszą z serii sesji terapeutycznych, które miały na celu rozwiązanie »problemu dziecka«, zanim będę za stara na ciążę”.

Lękowi towarzyszyła pokrętna feministyczna logika życia „wolnego od dzieci”, której propagatorki celebrowały „pustą kołyskę jako znak wyzwolenia”.

„Nie przyszło mi jakoś do głowy – pisała Lorraine – że takie stanowisko miało zasadniczą wadę – gdyby bowiem wszyscy wybrali »życie wolne od dzieci«, ród ludzki zostałby skazany na wymarcie. (…)

Laicki sposób myślenia, który dominował w ruchu feministycznym, wyznaczał swoje priorytety: wykształcenie, posada, pensja i awans. Rodzina i inne ludzkie więzi zostały zepchnięte na margines.

Tak jak w opowieści o nowych szatach cesarza – nikt nie śmiał powiedzieć głośno tego, co oczywiste: dobrowolna rezygnacja z posiadania dzieci jest decyzją skrajnie egoistyczną.

Po pierwsze, taki wybór nie dotyczy jedynie pojedynczej pary. Gdy chodzi o nas – rodzeństwo Jefa [męża Lorraine] nie miało okazji zostać ciocią i wujkiem, a jego mama nigdy nie została babcią. Moja siostra nigdy nie zaznała radości bycia ukochaną cioteczką, a jej dzieci nie miały kuzynów ze strony matki.

Jeśli to prawda, że trzeba całej wioski – a przynajmniej cioć, wujków i dziadków – by wychować dziecko, to prawdą jest także, że brak tego dziecka całą wioskę rani”…

Nienasycone pragnienie

Ułudy tych i innych feministycznych haseł Lorraine doświadczyła w swym życiu bardzo szybko. Ani swobodne podróże, ani długie spanie w weekendy niezakłócone dziecięcym płaczem, ani pieniądze na koncie w banku, ani uniwersytecka i pisarska kariera nie dawały jej poczucia sensu życia.

Nękana depresją i wewnętrzną pustką, zaczęła odkrywać w sobie pragnienie… życia wewnętrznego, pragnienie modlitwy – ale musiała przebyć jeszcze długą drogę, zanim zrozumiała, że źródłem zewnętrznych znaków, które dostaje, i jej wewnętrznego pragnienia, które odczuwa, jest Bóg, który jej szuka.

Niełatwo było jej obalić obraz Boga, który nosiła głęboko w swoim sercu – Boga, u którego na wszystko trzeba zasłużyć, Boga, który z pewnością nie może zajmować się kimś takim jak ona, która od Niego odeszła, która Go wyszydzała – Boga, który jest głuchy, bo zdawał się nie widzieć jej cierpienia i wtedy, gdy była małą dziewczynką, i później, gdy jako studentka straciła ukochaną matkę (która umarła na raka), a niedługo potem także ojca.

Taki obraz Boga był pewnie w jakiejś mierze kształtowany w oparciu o postać jej ziemskiego ojca, uzależnionego od hazardu – odległego, chłodnego, często nieobecnego, nieprzejawiającego nią zainteresowania, powściągliwego w okazywaniu uczuć i groźnego egzekutora kar. Ale Bóg sam, bardzo delikatnie, odnajdował swój obraz w jej sercu i wydobywał go.

Przemawiał do niej przez pozornie zwykle wydarzenia: piękno przyrody nie przestawało stawiać pytania o swego Stwórcę; zaintrygowały ją także pisma Tomasza Mertona, człowieka o wielkim intelekcie, który podobnie jak i ona – wychowany jako chrześcijanin, odszedł daleko od swych korzeni i w swej młodości wiódł życie dekadenta, ostatecznie nawrócił się na katolicyzm i wstąpił do klasztoru; w końcu – jak sama pisze – do Kościoła katolickiego

„przywoływała mnie obecność Boga na ziemi, rzeczywista obecność Boga w Eucharystii. To tego szukałam”…

Poszukiwania

Jej powrót do Kościoła nie był entuzjastyczny i pozbawiony zastrzeżeń, nie od razu oddała swoje myślenie – jak jej się zdawało, zgodne z nauką ojców Kościoła – o aborcji, wyświęcaniu kobiet i zawieraniu małżeństw przez celibatariuszy. Ale kiedy przewracała kolejne karty Ewangelii, odkrywała Chrystusa – dobrego i mądrego.

W jednej scenie z Ewangelii szczególnie odnalazła wydarzenia z własnego życia – w spotkaniu Jezusa z jawnogrzesznicą w domu przerażonego jej obecnością faryzeusza… W swych wspomnieniach pisała:

„Zastanawiałam się nad tymi wszystkimi latami, kiedy szukałam pociechy w ramionach całkiem niewłaściwych mężczyzn. Myślałam o wszystkich grzechach, jakie popełniłam, i o wszystkich chwilach, które przepłakałam. Z pewnością wystarczyłoby moich wylanych łez, aby obmyć Jezusowe stopy.

I nie mogłam pojąć: jak mogłam obejść się wtedy bez Jego miłości i miłosierdzia, które teraz przemawiają do mnie z kart Ewangelii?

Dlaczego naigrawałam się z tych, którzy chodzili do kościoła? Dlaczego drwiłam z chrześcijan w czasach, kiedy nie było niczym trudnym rozśmieszyć znajomych dowcipem o poczciwym Jezusku? Słowa, jakimi Tomasz Merton scharakteryzował samego siebie z czasów, gdy miał lat osiemnaście, są chyba dobrym opisem »dawnej« mnie:

»Deptałem ostatnie szczątki życia duchowego, jakie jeszcze pozostały w mej duszy, próbując zniszczyć i wymazać obraz Bożej wolności, którą zaszczepił we mnie Bóg«.

Merton dodaje, że w sposób nieświadomy uczestniczył w męce Chrystusa:

»To jest ukrzyżowanie Chrystusa – kiedy On umiera wciąż na nowo w ludziach, którzy wyrzekli się Go, choć zostali stworzeni, aby dzielić radość i wolność Jego łaski«.

Kiedy patrzę wstecz na moje życie, widzę samą siebie u stóp krzyża. Widzę, jak pomagam wbijać gwoździe w ciało Skazańca”…

Pojednanie

Na tym nowym dla siebie etapie poszukiwań Lorraine zaczęła się zastanawiać nad gniewem, jaki żywiła wobec Boga po śmierci swej mamy; to doprowadziło ją do zrozumienia, że dla tych, którzy wierzą w Chrystusa, śmierć jest tylko przejściem do nowego świata, gdzie będzie kiedyś mogła spotkać swoją matkę.

Wreszcie przyszedł też czas głębokiego doświadczenia Bożej miłości w sakramencie pojednania, kiedy Jezusowi obecnemu w kapłanie wyznała swe grzechy. Otrzymała łaskę powrotu do Kościoła katolickiego i łaskę głębokiego pokoju.

Przebaczenie Jezusa stało się dla niej drogą do tak trudnego wybaczenia sobie samej aborcji, której dokonała. Uzdrowienie emocji było długim procesem. Lorraine znalazła wsparcie grupy Leczenie i Uzdrowienie Postaborcyjne. W wielu rozmowach mogła powierzyć zaufanej osobie swoje wspomnienie sprzed wielu, wielu lat, ale tę głęboką ranę leczyła przede wszystkim Boża łaska – Jezus eucharystyczny.

Sens codzienności

Swoje miejsce i w procesie nawrócenia Lorraine oraz jej męża, i w procesie jej uzdrowienia miało spotkanie z siostrami misjonarkami miłości Matki Teresy z Kalkuty, które w ich okolicy otwierały dom dla chorych na AIDS. Lorraine zaangażowała się jako wolontariuszka.

Poznała proste życie sióstr, niemalże monotonne, ale wypełnione modlitwą, obecnością Chrystusa, Jego miłością i pokojem. Doświadczała Go tam, obecnego w Najświętszym Sakramencie – to On dał jej pokój i radość, których kiedyś bezskutecznie szukała w buddyjskich medytacjach.

Odkryła też, że szorowanie podłóg, obieranie marchewki, rozwieszanie prania i mnóstwo małych, zwykłych czynności, które każdego dnia siostry wykonywały na nowo, stawały się wyrazem ich miłości – miłości Chrystusa do tych, których świat uznał za wyrzutki społeczeństwa… Że te czynności – które ona jako feministka kiedyś odrzucała – były wyrazem troski o nieśmiertelne dusze, a ta z kolei nadawała sens życiu i wszystkim banalnym czynnościom.

Tak podsumowała w swej książce to wspomnienie:

„Żadne zajęcie nie mogło być ważniejsze. Jak wyraziła to Alice von Hildebrand w książce Przywilej bycia kobietą:

»Pewnego dnia z wszystkich osiągnięć ludzkości pozostanie kupka popiołu. Ale każde dziecko, jakie zrodziła kobieta, będzie trwało na wieki, ponieważ otrzymało nieśmiertelną duszę uczynioną na obraz i podobieństwo Boże«”.

To posługiwanie Lorraine i jej męża w przygotowywaniu domu dla chorych przyniosło im, oprócz zmęczenia, poczucie szczęścia, bo – jak sama wyznaje –

„po raz pierwszy w naszym małżeńskim życiu byliśmy cząstką czegoś więcej niż nas samych”.

Kara za feminizm?

Wkrótce po swoim nawróceniu Lorr­aine zrozumiała, że pójście za Chrystusem nie jest sielanką. Doświadczyła, że wiara nie jest, jak myślą niektórzy, ciepłym elektrycznym kocem, że nawet

„miłość nie stanowi polisy ubezpieczeniowej przeciw cierpieniu i nawet najbardziej oddani i uczciwi chrześcijanie mogą być narażeni na trud i udrękę”,

bo pójście za Jezusem to pójście drogą krzyża. Przeżywała najpierw chorobę swego męża, potem swoje osobiste zmaganie się z rakiem piersi – skutkiem zażywania pigułek antykoncepcyjnych i hormonalnej terapii zastępczej.

Po raz kolejny przyszło jej zmagać się ze swoim starym obrazem Boga – starca, który czeka tylko, by się zemścić na ludziach za ich grzechy – ale z pomocą kierownika duchowego odkryła nowy obraz Boga, który zawsze spogląda z miłością; Boga płaczącego nad mylnymi ścieżkami, którymi idą Jego dzieci.

Odkryła, że to nie Bóg zesłał jej tę chorobę, lecz że była ona konsekwencją jej własnych wyborów. Odkryła także prawdę, że dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych, że Boża łaska może odmienić każdą sytuację, a ona może z tą łaską współpracować – ofiarowując Jezusowi swoje cierpienie, swoją walkę z chorobą, rzucając się wciąż na nowo w Boże ramiona. Zrozumiała też, że jakoś, gdzieś, ktoś mógłby skorzystać z tak przeżywanego przez nią cierpienia.

Gdy minęły dwa lata, odkąd zdiagnozowano jej chorobę, Lorraine rozpoczęła nową przygodę pisarską: przystąpiła do napisania książki o swej duchowej drodze przez chorobę – dla kobiet zmagających się z tym samym problemem. Fragmenty Pisma św., które wyszukiwała, by przynieść pociechę innym, przyniosły uzdrowienie jej samej. Odkryła też, że

„wszystko jest łaską, wszystko jest bezpośrednim skutkiem miłości naszego Ojca – trudności, przeciwności, upokorzenia, wszelkie udręki naszej duszy, jej ciężary, jej potrzeby – wszystko, ponieważ dzięki nim dusza uczy się pokory i dostrzega swoje słabości. (…) Jakiekolwiek byłoby nasze życie, jakiekolwiek nieoczekiwane zdarzenia by nas spotkały – dla serca miłującego wszystko obraca się na dobre”.

Miłość wszystko wyjaśnia

To stopniowe doznawanie dobroci Jezusa i poznawanie Jego nauki – przez dogłębne studia doktryny Kościoła w wielu kwestiach moralnych – doprowadziły Lorraine do wniosku, że katolicki pogląd w sprawie życia stanowi spójną całość. Nauka Kościoła przyniosła też rozwiązanie problemu, który nurtował ją w młodości: wyjaśniała, że

„Bóg stworzył mężczyznę i kobietę, wyposażając ich w odrębne, właściwe każdej płci natury. To nauczanie w żaden sposób nie sankcjonuje podporządkowania kobiet mężczyznom”.

Przeciwnie, to właśnie tylko i wyłącznie

„Kościół katolicki uznaje niezbywalną godność kobiet, na które patrzy przez pryzmat wielkiego szacunku okazywanego Najświętszej Maryi Pannie”.

O tę godność pewnie niejednokrotnie jako feministka chciała walczyć, lecz postulaty tamtej ideologii nie były w stanie takiej godności zagwarantować, wprost przeciwnie – prowadziły do utraty szacunku oraz godności kobiety i dzieci. Lorr­aine zrozumiała wiele błędów feminizmu. Zobaczyła, że

„nie bierze on pod uwagę codziennego życia zwykłych kobiet, które postrzegają macierzyństwo nie jako ciężar, lecz jako dar” (zob. Elizabeth Fox-Genovese, Feminizm nie jest historią mojego życia)

– tak, jak jej matka, która cierpiała, że nie może wychowywać Lorraine i jej siostry, bo musiała pracować (co w tamtych czasach było rzadkością), by zapewnić rodzinie utrzymanie,
czego nie mógł zagwarantować uzależniony od hazardu ojciec…

Dotarła do pominiętej przez siebie w czasie studiów części historii ruchu feministycznego – do faktu, że

„nawet sufrażystki nie postulowały zalegalizowania aborcji. Przeciwnie – aborcja służyła im jako sztandarowy przykład zaniedbań, które obciążają stosunek społeczeństwa do kobiet w potrzebie”.

Zrozumiała też, że (jak pisała E. Fox-Genovese)

„wielu propagatorów praw kobiet nie zdaje sobie sprawy, że prawa wiążą się z odpowiedzialnością i obowiązkami, zwłaszcza względem dzieci. Nieograniczona wolność, jakiej feministki pragną dla kobiet, niestety przywodzi na myśl równy udział kobiet w tym, co [papież Jan Paweł II] nazywał »kulturą śmierci«”.

Pisma św. Edyty Stein ukazały jej drogę zadośćuczynienia, a także możliwość zrealizowania „duchowego macierzyństwa” – to zaś Lorainne do dziś urzeczywistnia przez swoją pracę publicystyczną i finansową pomoc fundacji wspierającej dzieci na innych kontynentach.

Zaproszenie
Głębokie zrozumienie nauczania Kościoła – Chrystusa, który przez Kościół przemawia – uświadomiło jej, że nie może pozostawać dłużej „kawiarnianą katoliczką”.

„Bóg jest miłością, więc (…) życie na tym świecie jest jedną wielką miłosną przygodą, która rozgrywa się pomiędzy Bogiem a Jego dziećmi” – pisała Lorraine.

„Cokolwiek spotka mnie jeszcze w przyszłości, modlę się, aby Bóg pomagał mi kochać Go coraz głębiej i aby dawał mi coraz lepiej poznawać, jak głęboka jest Jego miłość do mnie”.

Niech to będzie także i nasze pragnienie, byśmy

„Boga poznali, kochali i służyli Mu na tym świecie i abyśmy byli z Nim szczęśliwi w świecie przyszłym”!
źródło: milujciesie.org.pl

Jak wzmocnić poczucie własnej wartości?

Niepotrzebnie cierpimy z powodu niedowartościowania. Nawet jeśli poczucia własnej wartości nie nabyliśmy w dzieciństwie, nie oznacza to, że jako dorośli nie możemy go sobie wypracować.

 

 

 

Brak poczucia własnej wartości objawia się na wiele sposobów. Możemy nie mieć odwagi bronić własnego zdania wobec osób, które odbieramy jako bardzo pewne siebie. Możemy wątpić we własne umiejętności i kompetencje. Możemy mieć wrażenie, że to innym wszystko lepiej wychodzi niż nam. Denerwujemy się, gdy publicznie zostanie obnażona jakaś nasza słabość. Wreszcie, i to jest rzecz prawdopodobnie najbardziej bolesna w braku poczucia własnej wartości - boimy się, że nie jesteśmy na tyle wartościowi, żeby ktoś nas pokochał.
Poczucie własnej wartości, czyli co?
Czym jest poczucie własnej wartości? Przede wszystkim jest wiedzą o własnych zaletach, własnej niepowtarzalności i niezbywalnej godności. Łączy się ściśle z wiarą w siebie. Ta zaś opiera się na przekonaniu o tkwiących w nas możliwościach i zaufaniu do siebie.

Są to właściwości niezbędne do dobrego funkcjonowania i, jeśli nie nabyliśmy ich w dzieciństwie, naszym obowiązkiem jest wypracować je sobie w dorosłym życiu.
Decydującą rolę w prawidłowym kształtowaniu w sobie tych cech odgrywa relacja dziecka z matką. Dziecko od matki przejmuje zaufanie do świata lub jego brak. Przez pierwszy rok życia dziecko podświadomie jak gąbka chłonie uczucia matki, jej postawy, nastroje. Jeśli matka sama nie czuje się w świecie bezpiecznie, podobnie dziecko zaczyna odbierać rzeczywistość jako zagrażającą i wrogą.
Można tu wysnuć pewną konkluzję: poczucie własnej wartości nie jest wrodzone. Nabywamy je lub nie przede wszystkim w rodzinie. Jednak, mimo tego, na naukę poczucia własnej wartości nigdy nie jest za późno.
Połączyć bieguny - zaakceptować przeszłość
Carl Gustav Jung wprowadził do psychologii pojęcie cienia, od którego akceptacji uzależnił nasze poczucie wartości. Każdy człowiek nosi w sobie dwa bieguny: miłość i agresję, rozsądek i uczucie, strach i zaufanie, dyscyplinę i jej brak. Z drugiej strony, mamy w sobie również skłonność do skrajnej biegunowości. Osoby opierające się głównie na rozsądku, mogą być zupełnie nieporadne w okazywaniu uczuć. Z drugiej strony, osoby bardzo uczuciowe mogą mieć tendencję do irracjonalnych działań. Ową biegunową skrajność, Jung określa mianem cienia. Jaki ma to związek z poczuciem własnej wartości? Jung przekonuje, że podstawą w jej budowaniu jest po pierwsze świadomość swojego cienia, po drugie nie tyle zmienianie go, ulepszanie, ale... akceptacja. Tym samym przechodzimy do drugiej wytycznej poczucia własnej wartości: świadomości własnej niepowtarzalności, w tym także własnej historii życia.
Nie ma sensu grzebać myślami we własnej przeszłości, żeby wydobyć z niej powody do braku wiary w siebie. Anselm Grün porównuje przeszłość do materii, z której można coś uformować.
Może to być kamień, drewno, glina, papier, jedwab czy wszelkie odmiany materiałów. Z każdej z tych rzeczy można wykonać coś pięknego, pod warunkiem, że zaakceptujemy jakość danej materii i się jej podamy. Mówiąc mniej metaforycznie, nasza historia życia ma w sobie wyjątkowy, niepowtarzalny rys, z którym musimy się zgodzić. Jakie są przeszkody na tej drodze? Przede wszystkim: wygórowane ideały. Zawsze chcielibyśmy: lepiej, więcej albo zupełnie inaczej. Tymczasem pełna akceptacja zawiera w sobie również akceptację przeciwieństw - jasności i ciemności, dobra i zła, miłości i agresji, rozumu i uczucia.
Budowanie poczucia własnej wartości
Psychologowie mają świadomość, że nie jest to jednak takie proste. Nie oznacza to jednak, że się nie da. Anselm Grün sugeruje, że najlepiej w tym celu połączyć drogę psychologiczną z duchową i zająć się następującymi obszarami.
Akceptacja
Żeby zaakceptować siebie, najpierw trzeba uwolnić się od iluzji, jakie mamy o sobie samych. Trzeba pożegnać się z fantazjami, że jesteśmy niepokonani, najlepsi, najpiękniejsi. Musimy spotkać się z prawdą o sobie, która odkrywa się im bliżej i intensywniej żyjemy z innymi ludźmi. Zauważamy wtedy w sobie naprawdę trudne aspekty: chęć dominacji, ranienia, odwetu. Trzeba też pogodzić się z tym, że prawdopodobnie nigdy nie będziemy tacy, jacy chcielibyśmy być. Należy także skończyć z porównywaniem się z innymi. Kiedy się porównujemy, przestajemy być sobą. Jak to zrobić? Grün zaleca "przejście od głowy do serca". Skup się na tym, że czujesz i co czujesz. Staraj się poczuć swój oddech, bicie serca, ręce, nogi - za każdym razem gdy zaczynasz porównywać się z innymi, fantazjujesz na swój temat lub pogrążasz się w smutku, że nie jesteś taki, jaki chciałbyś być.
Bycie ze sobą
Bycie ze sobą oznacza czucie się dobrze z samym sobą w niezależności od innych. Nierzadko za bardzo zlewamy się z innymi, nie potrafimy się odgraniczyć, skutkiem czego jesteśmy przewrażliwieni i dotyka nas każda dwuznaczna uwaga. W takiej sytuacji trzeba skomunikować się z własną agresją, poczuć swoje prawo do gniewu i złości. One dają nam moc, żeby odciąć się od innych, nabrać dystansu. Tą siłą można też wyrzucić z siebie tych, którzy nas zranili i przestać wspominać ich bolesne zachowania czy słowa. Mamy żyć sobą, a nie innymi. 
Wiara
Poszukiwanie poczucia własnej wartości prowadzi nas prostą drogą do Boga. Św. Jan Paweł II powiedział: "Nie można w pełni zrozumieć człowieka bez Chrystusa". Ostatecznie nasze poczucie wartości opiera się na zaufaniu Bogu, a z tym jest jak z mięśniem, który trzeba nieustannie ćwiczyć, żeby go wzmacniać. Można się nauczyć zaufania do Boga kontemplując zaufanie, jakim obdarza nas Bóg. W tym celu medytujmy Pismo św., Psalm 118 - "Pan jest ze mną, nie lękam się, cóż może zrobić mi człowiek?" czy Psalm 23: "Pan jest moim pasterzem, nie brak mi niczego". W miarę obcowania z tego typu tekstami, zaczynamy powoli rozumieć, że nie jest to jedynie nasza wyobraźnia czy nierealne pragnienie. Rzeczywistość jest właśnie taka, jak zapewnia nas Bóg: zupełnie bezpieczna.
Bibliografia:
Anselm Grün "Rozwijać poczucie własnej wartości - przezwyciężać bezsilność"https://www.deon.pl/inteligentne-zycie/poradnia/art,391,jak-wzmocnic-poczucie-wlasnej-wartosci.html

Nie umiesz przebaczyć drugiej osobie?

Joyce Meyer - Granice zdrowych relacji

Joyce Meyer - Pokonaj złość i nieprzebaczenie

Czy miłosierny Bóg karze za grzechy?

Gdzie jest Bóg?! - Bp Grzegorz Ryś

Czy emocje mogą przeszkodzić w relacji z Bogiem? - bp Grzegorz Ryś

Co oznacza: "Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj"?

eśli przyjmiemy, że ludzkie potrzeby są bardzo zróżnicowane, to chleb oznacza nie tylko pokarm zaspokajający głód fizyczny, ale też głód duchowy. Głód ten człowiek najczęściej wyraża zadając pytania o ostateczny sens swego życia, o swoje przeznaczenie itd. Jest to głód duchowy - głód słowa Bożego, Jego tchnienia i Ciała Chrystusa. Głód ten Bóg zaspokaja wyjaśniając za pośrednictwem Kościoła słowo Boże oraz udzielając przez Chrystusa zbawiającego w sakramentach Kościoła życia Bożego.

 

► KKK 2828: "Daj nam": słowa te wyrażają głęboką ufność dzieci, które oczekują wszystkiego od swego Ojca. "On sprawia, że słońce Jego wschodzi nad złymi i nad dobrymi, i On zsyła deszcz na sprawiedliwych i niesprawiedliwych" (Mt 5, 45), On "daje pokarm w swym czasie" (Ps 104, 27). Jezus uczy nas tej prośby; w rzeczywistości wysławia ona Ojca, ponieważ uznaje, że jest On dobry ponad wszelką dobroć.

 

► KKK 2829: "Daj nam" jest również wyrazem Przymierza; należymy do Ojca, a On należy do nas i jest dla nas. To "nam" wyraża również nasze uznanie Go za Ojca wszystkich ludzi i dlatego modlimy się za nich wszystkich, w poczuciu solidarności z ich potrzebami i cierpieniami.

 

► KKK 2830: "Chleba naszego". Ojciec, który daje nam życie, nie może nam nie dać pokarmu koniecznego do życia, "stosownych" dóbr materialnych i duchowych. W Kazaniu na Górze Jezus podkreśla tę synowską ufność współdziałającą z Opatrznością naszego Ojca. Nie zachęca nas do jakiejś bierności, lecz chce nas wyzwolić od wszelkich niepokojów i kłopotów. Takie jest synowskie zdanie się dzieci Bożych na Ojca: Tym, którzy szukają Królestwa i sprawiedliwości Bożej, przyrzeka On udzielić wszystkiego w nadmiarze. W rzeczywistości wszystko należy do Boga: temu, kto posiada Boga, nie brakuje niczego, jeśli sam należy do Boga.

 

► KKK 2831: Obecność na świecie tych, którzy głodują z braku chleba, ukazuje jeszcze inny wymiar tej prośby. Dramat głodu w świecie wzywa chrześcijan modlących się w prawdzie do czynnej odpowiedzialności wobec braci, zarówno w postawie osobistej, jak i w ich poczuciu solidarności z całą rodziną ludzką. Tej prośby Modlitwy Pańskiej nie można oddzielić od przypowieści o ubogim Łazarzu i o Sądzie Ostatecznym.

 

► KKK 2832: Jak zaczyn w cieście, tak nowość Królestwa powinna przemieniać ziemię przez Ducha Chrystusa. Powinna przejawiać się we wprowadzaniu sprawiedliwości w relacje osobowe i społeczne, ekonomiczne i międzynarodowe, nie zapominając nigdy o tym, że nie ma sprawiedliwych struktur, jeśli nie ma ludzi, którzy pragną być sprawiedliwi.

 

► KKK 2833: Chodzi o "nasz" chleb, "jeden" dla "wielu". Ubóstwo zalecone w błogosławieństwach jest cnotą hojności: wzywa ona do przekazywania i dzielenia dóbr materialnych i duchowych nie z przymusu, lecz z miłości, by obfitość u jednych mogła zaradzać potrzebom drugich.

 

► KKK 2834: "Módl się i pracuj". "Módlcie się tak, jakby wszystko zależało od Boga, a pracujcie tak, jakby wszystko zależało od was". Po wykonaniu naszej pracy otrzymamy jako dar pożywienie od naszego Ojca; jest rzeczą dobrą prosić Go o nie, i składać Mu za nie dziękczynienie. Taki jest sens błogosławienia posiłków w rodzinie chrześcijańskiej.

 

► KKK 2835: Ta prośba i łącząca się z nią odpowiedzialność odnoszą się także do innego głodu, z powodu którego giną ludzie: "Nie samym chlebem żyje człowiek, lecz każdym słowem, które pochodzi z ust Bożych" (Mt 4, 4; Pwt 8, 3), to znaczy Jego słowem i Jego tchnieniem. Chrześcijanie muszą mobilizować wszystkie swoje siły, by "głosić Ewangelię ubogim". Na ziemi panuje głód, "nie głód chleba ani pragnienie wody, lecz głód słuchania słów Pańskich" (Am 8,11). Dlatego właśnie specyficznie chrześcijański sens tej czwartej prośby dotyczy Chleba Życia: słowa Bożego przyjmowanego w wierze, Ciała Chrystusa przyjmowanego w Eucharystii.

 

► KKK 2836: "Dzisiaj" jest również wyrażeniem ufności. Uczy nas tego Pan, bo nasza zarozumiałość nie potrafiłaby tego odkryć. Ponieważ chodzi przede wszystkim o Jego Słowo i o Ciało Jego Syna, to "dzisiaj" dotyczy nie tylko naszego czasu poddanego śmierci: jest ono "dzisiaj" Boga: Jeśli przyjmujesz chleb każdego dnia, to każdy dzień jest dla ciebie "dzisiaj". Jeśli Chrystus jest w tobie "dzisiaj", to zmartwychwstaje On dla ciebie każdego dnia. W jaki sposób? "Tyś Synem moim, Ja Ciebie dziś zrodziłem" (Ps 2, 7). Dzisiaj, to znaczy: gdy Chrystus zmartwychwstaje.

 

► KKK 2837: "Powszedniego". Wyraz ten, w języku greckim "epioúsios", nie pojawia się nigdzie więcej w Nowym Testamencie. W znaczeniu czasowym jest to pedagogiczne powtórzenie owego "dzisiaj" dla utwierdzenia w nas ufności "bez zastrzeżeń". W znaczeniu jakościowym oznacza to, co jest konieczne do życia, a mówiąc szerzej: wszelkie dobro wystarczające do utrzymania. Dosłownie ("epioúsios": nad-zwyczajny) oznacza wprost Chleb Życia, Ciało Chrystusa, "lekarstwo nieśmiertelności", bez którego nie mamy w sobie życia. Wreszcie, znaczenie to - w powiązaniu z poprzednim - dotyczy w sposób oczywisty nieba: "Powszedni" znaczy "należący do dnia Pańskiego", dnia Uczty w Królestwie, uprzedzanej w Eucharystii, która jest przedsmakiem nadchodzącego Królestwa. Dlatego liturgia eucharystyczna powinna być celebrowana "codziennie". Eucharystia jest naszym chlebem codziennym. Zaletą tego Bożego pokarmu jest siła jedności: jednoczy nas z Ciałem Zbawiciela i czyni nas Jego członkami, abyśmy mogli stać się tym, co przyjmujemy... Ten chleb powszedni znajduje się też w czytaniach, których słuchamy każdego dnia w kościele, w hymnach, które wszyscy śpiewamy. Wszystko to jest niezbędne w naszym ziemskim pielgrzymowaniu.

 

Ojciec niebieski zachęca nas, abyśmy jako dzieci nieba prosili o Chleb z nieba. Chrystus "sam jest tym chlebem, który - zasiany w Dziewicy, wyrosły w ciele, ukształtowany w męce, wypieczony w piecu grobu, przechowywany w Kościele, przynoszony na ołtarze - codziennie udziela wiernym owego niebieskiego pokarmu".

Czy Pan Bóg wystawia człowieka "na pokuszenie"?

Wolność, jaką Bóg obdarował człowieka w dziele stworzenia, może być wykorzystywana przeciw Bogu i dobru człowieka. Dla właściwego rozeznania moralnego, a także odważnego odrzucania zła i wyboru dobra potrzebujemy Bożej pomocy.

 

► KKK 2846: Prośba ta nawiązuje do poprzedniej, ponieważ nasze grzechy są skutkiem przyzwolenia na pokusę. Prosimy naszego Ojca, by nas nie "wodził na pokuszenie". Pojęcie greckie, które występuje w tym miejscu, jest bardzo trudne do przetłumaczenia. Ma ono wiele znaczeń: "abyśmy nie ulegli pokusie", "nie pozwól, byśmy doznali pokusy". "Bóg nie podlega pokusie ku złemu, ani też nikogo nie kusi" (Jk 1, 13); przeciwnie, chce nas wszystkich wyzwolić. Prosimy Go, by nie pozwolił nam wejść na drogę, która prowadzi do grzechu. Jesteśmy zaangażowani w walkę "między ciałem a Duchem". Prośba ta jest błaganiem o Ducha rozeznania i mocy.

 

► KKK 2847: Duch Święty pozwala nam rozróżniać między próbą, konieczną do wzrostu człowieka wewnętrznego  ze względu na "wypróbowaną cnotę" (Rz 5, 3-5), a pokusą, która prowadzi do grzechu i śmierci. Musimy także rozróżniać między "być kuszonym" a "przyzwolić" na pokusę. Rozróżnienie to obnaża kłamstwo kuszenia; pozornie "ma owoce dobre... jest ono rozkoszą dla oczu" (Rdz 3, 6), ale w rzeczywistości tym owocem jest śmierć. Bóg nie ma zamiaru zmuszać do dobra, gdyż chce mieć do czynienia z istotami wolnymi... W pewnym sensie kuszenie ma coś z dobra. Nikt - poza Bogiem - nie wie, co nasza dusza otrzymała od Boga, nawet my sami tego nie wiemy. Kuszenie to ukazuje, byśmy w końcu poznali samych siebie i dzięki temu pokazali swoją nędzę oraz składali dziękczynienie za dobra, jakie kuszenie nam ukazało.

 

► KKK 2848: "Nie popaść w pokuszenie" zakłada decyzję serca: "Bo gdzie jest twój skarb, tam będzie i serce twoje... Nikt nie może dwom panom służyć" (Mt 6, 21. 24). "Mając życie od Ducha, do Ducha się też stosujmy" (Ga 5, 25). W tym "przyzwoleniu" na Ducha Świętego Ojciec udziela nam sił. "Pokusa nie nawiedziła was większa od tej, która zwykła nawiedzać ludzi. Wierny jest Bóg i nie dozwoli was kusić ponad to, co potraficie znieść, lecz zsyłając pokusę, równocześnie wskaże sposób jej pokonania, abyście mogli przetrwać" (1 Kor 10,13).

 

► KKK 2849: Taka walka i takie zwycięstwo są jednak możliwe tylko dzięki modlitwie. Dzięki swojej modlitwie Jezus jest zwycięzcą kusiciela, od pierwszego kuszenia aż do ostatniej walki w chwili agonii . W tej prośbie do naszego Ojca Chrystus jednoczy nas ze swoją walką i swoją agonią. Usilnie przypomina nam, byśmy w jedności z Nim zachowywali czujność serca. Czujność jest "gotowością serca" i Jezus prosi Ojca, by zachował nas w Jego imieniu (J 17,11). Duch Święty bez przerwy pobudza nas do tej czujności. Prośba ta ukazuje całą swoją dramatyczność w odniesieniu do ostatecznego kuszenia w naszej walce na ziemi; jest to prośba o wytrwanie aż do końca. "Przyjdę jak złodziej. Błogosławiony, który czuwa!" (Ap 16,15).

 

W słowach "nie wódź nas na pokuszenie" wierzący wyznają wiarę, że Bóg swym światłem i swą mocą pomaga w dokonywaniu właściwych wyborów moralnych.  Proszą Go też po łaskę i moc do zachowania czujności serca i o wytrwałość w trwaniu przy Bogu.

Katechezy-sex przed ślubem

Katecheza Medialna - Podziękujesz jak zobaczysz

Szymon Hołownia podczas spotkania ze studentami na krakowskiej AGH

Św. Faustyna o Spowiedzi Świętej .

Miłosierdzie Boże w Skramentach Pokuty i Eucharystii na podstawie objawień Św. Siostry Faustyny Kowalskiej

Zło nie istnieje panie profesorze.....

Niewierzący profesor filozofii stojąc w audytorium wypełnionym studentami zadaje pytanie jednemu z nich: - Jesteś chrześcijaninem synu, prawda? - Tak, panie profesorze. - Czyli wierzysz w Boga. - Oczywiście. - Czy Bóg jest dobry? - Naturalnie, że jest dobry. - A czy Bóg jest wszechmogący? Czy Bóg może wszystko? - Tak. - A Ty - jesteś dobry czy zły?

Korzenie niewiary i okultyzmu.Nie ma reinkarnacji.

Praktykowanie różnych form okultyzmu jest jednym z najcięższych grzechów przeciwko pierwszemu przykazaniu Dekalogu. Jakie są najgłębsze korzenie tego grzechu i niewiary w Boga?

Wyszukiwanie

Dzisiaj jest

poniedziałek,
23 kwietnia 2018

(113. dzień roku)

BIULETYN PARAFIALNY

Licznik

Liczba wyświetleń:
1632395

nowy