Menu

Jak niebezpieczny jest okultyzm – świadectwo

Chciałbym dać świadectwo tego, jak bardzo niebezpieczny – choć z początku niewinnie wyglądający – jest grzech bałwo­chwalstwa, od którego uwolnił mnie Jezus. To On wyleczył moje rany, On wydobył mnie z piekła i pomaga mi teraz wzrastać w miłości i świętości.

Mam 59 lat. W latach siedemdziesiątych nieświadomie zacząłem igrać z ogniem przez zaangażowanie się w praktyki okultystyczne. Byłem wówczas człowiekiem „wierzącym” i „praktykującym”: dwa razy w roku chodziłem do spowiedzi i Komunii św., nie znałem Pisma św., nie żyłem zgodnie z Ewangelią.

Byłem katolikiem nijakim i niebezpiecznym, bo dawałem innym zły przykład. Nie wiedziałem, że trzymanie w domu różnych posążków, talizmanów, kart tarota, książek uzdrowicieli, czasopism pornograficznych jest grzechem, że Bóg naprawdę troszczy się o mnie i zależy Mu na mnie i moim szczęściu.

Kiedy miałem 23 lata, poznałem dziewczynę. Była niepraktykująca, a jej matka była rozwódką, systematycznie korzystającą z usług tarocistki. Nie wiedziałem wtedy, że grzech rodziców, szczególnie grzech bałwochwalstwa, często przenosi się na dzieci.

Wzięliśmy ślub i mieszkaliśmy pod jednym dachem z teściową. Urodziło nam się dwoje kochanych dzieci, jednak po pięciu latach małżeństwa żona stwierdziła, że kocha innego i że między nami wszystko skończone. Wziąłem walizkę i wyprowadziłem się. Przeżyłem załamanie nerwowe, uciekałem w alkohol i leki. Nie chciałem pić, a musiałem; chciałem się zapić na śmierć – nie mogłem…

W 1991 r. w audycji radiowej usłyszałem ogłoszenie:

„Joga, relaks, dobre samopoczucie. Zajęcia pod wskazanym adresem”.

Po mniej więcej trzech miesiącach uczestnictwa w zajęciach relaksu, medytacji wschodnich, ćwiczeń jogi czułem się znacznie lepiej. Nauczyciel był bardzo miły; podarował mi nawet koszulkę, która mi się bardzo podobała, czym zdobył sobie moje bezgraniczne zaufanie.

Byłem nieświadomy tego zła, na zewnątrz ładnie wyglądającego i dającego pozytywne efekty (przestałem pić i palić), brnąłem więc dalej w to bagno. Dużo medytowałem.

Po wyjeździe na szkolenie do Holandii sam zacząłem prowadzić zajęcia z relaksu i dopiero wtedy odkryłem, dlaczego jest on taki skuteczny. Otóż prowadzący wykonuje mantrę, która naprawdę otwiera człowieka na działanie złego ducha.

Celem tych zajęć jest „oświecenie” – stan równy Bogu (100% pychy!).

Bywały okresy w moim życiu, że chciałem się z tego wycofać, bo zaczynałem widzieć zło, jakie się pod tym wszystkim kryje, jednak nie potrafiłem, gdyż działa to gorzej niż nałóg. Dopiero w 2002 r. modlitwa mojej mamy została wysłuchana.

Był taki moment, kiedy na oczach guru ukląkłem i poprosiłem Boga

„Boże, powiedz, co tu jest grane, gdzie ja jestem?”.

Pan zlitował się nade mną i otrzymałem światło dla umysłu. Dotarło do mnie, że to jest sekta, że guru kieruje naszymi umysłami i że jesteśmy ubezwłasnowolnieni. Moja decyzja była natychmiastowa: muszę stąd uciekać! Wówczas prysnął mit dobrego samopoczucia, a zaczął się horror.

Szatan zabrał mi siły, energię i chęć do życia. Zostałem bez pieniędzy i jakiego­kolwiek dowodu tożsamości. Te dziesięć lat w sekcie, setki godzin medytacji o różnych bóstwach i mocach szatańskich, studia sufizmu, buddyzmu i tarota dały szatanowi przystęp do mojej duszy. Miało być oświecenie, a skończyło się ruiną duchową, psychiczną, fizyczną i materialną…

Po spowiedzi odbytej w krakowskich Łagiewnikach, w sanktuarium Bożego Miłosierdzia, przez pół roku walczyłem sam ze sobą, żeby móc wejść do kościoła i normalnie się modlić, szczególnie na różańcu, który jest bronią atomową przeciwko szatanowi.

Dziś wiem, że byłem wtedy głęboko w piekle i że dopiero po moim nawróceniu zaczął się proces mojego oczyszczania i przywracania do życia w Chrystusie. Wyrzuciłem wszystkie posążki Buddy, wszystkie tzw. talizmany szczęścia, a książki innych religii i sekt spaliłem. Przestałem też kupować kolorowe śmieci z horoskopami i pornografią.

Trafiłem do Odnowy w Duchu Świętym, gdzie kapłani i animatorzy modlili się nade mną. Pan Jezus na modlitwie pokazał mi moje zranienia: od dziecka byłem przeklinany, a więc duchowo poraniony.

Poświęcone zostało również moje mieszkanie, w którym działy się różne dziwne rzeczy, tak że nie mogłem w nim spać. Jezus Chrystus podczas Eucharystii, adoracji Najświętszego Sakramentu dawał mi nieskończenie więcej wszystkiego, niż szatan zabierał.

Doświadczałem też, czytając codziennie Pismo św., że słowo Boże jest żywe i zawsze aktualne. Zacząłem poznawać naukę Chrystusa, czytałem wiele religijnych książek i nastąpiła we mnie przemiana. Jest to proces wymagający czasu i konsekwencji. Ale nareszcie zaczynam budować swoje życie na Skale. Na pierwszym miejscu w moim życiu jest teraz Pan Bóg, a nie jakieś bożki.

Wszystkim ludziom poranionym przez grzech proponuję cierpliwość i systematyczność w życiu duchowym. Ja odrodziłem się fizycznie, psychicznie i duchowo – trochę jak św. Augustyn. Skoro więc on został wielkim świętym, to i ja – stary grzesznik – też chcę zostać wielkim świętym! I Wy też bądźcie wielkimi świętymi!
Wiesław
źródło: milujciesie.org.pl

Ty też czuł(e)ś obecność diabła? Nie bój się Jezus jest mocniejszy i już go pokonał!

Piszę, by opisać sytuację, która zdarzyła mi się w piątek, 20 października. Ostatnio wiele się modliłam, odprawiłam pierwsze soboty, teraz odprawiam pierwsze piątki, modlę się na różańcu i Koronką do Miłosierdzia Bożego. Postanowiłam modlić się mocno za brata właśnie tą Koronką. Mój brat jest dobrym człowiekiem, ale trochę zagubionym, gra w demoniczne gry, jest wulgarny wobec wszystkich dookoła, relacji rodzinnej z nim nie ma żadnej.
Zaczęłam odmawiać za niego Koronkę i przez trzy kolejne dni czułam się fatalnie fizycznie, jakbym miała jakiś stan depresyjny, a jestem normalną dziewczyną, żywą, wesołą… Nie byłam w stanie robić nic, a mam dwójkę małych dzieci na co dzień w domu. Praktycznie te dni przeleżałam z uczuciem beznadziei. Najgorsze wydarzyło się w piątek wieczorem, gdy weszłam do sypialni i zaczęłam odmawiać Koronkę za brata… Najpierw pojedyncza chusteczka higieniczna spadła nie wiadomo skąd na podłogę i słychać było dźwięk uderzenia. Pomyślałam, że chyba mi się przewidziało, ale i że może coś mnie chce przestraszyć.

Ale bardziej zakpiłam sobie z tego w myślach i pomyślałam, że teraz to już na pewno odmówię tę Koronkę na przekór temu, co mnie straszy… Po krótkiej chwili, leżąc i modląc się, poczułam na nodze, jak kołdra ciągnie w dół pod czyimś naciskiem… Wiem, jak to brzmi. Podkreślam, że jestem normalną matką, zrównoważoną, bez problemów na poziomie psychiki. Coś dosłownie postawiło nogę około 15 cm od moich nóg… Byłam przerażona!!! To było bardzo, bardzo złe. Nie widziałam tego, czułam tylko nacisk na pościeli, ale mam pewność, że to coś postawiło jedno kopyto. Nacisk był dość ciężki i trwał kilka sekund. Byłam wręcz roztrzęsiona. Obudziłam męża, w myślach wolałam Maryję i Jezusa do pomocy, bałam się wypowiadać kolejne słowa Koronki, ale wiedziałam, że muszę mówić dalej. Wiem, że to brzmi dość nierealnie, sama im dłużej o tym myślę, to nie mogę uwierzyć, że coś takiego mnie spotkało.

Ale jak przywołam tę sytuację myślami, to zaczynam cała drżeć z emocji, które są nadal żywe. W niedzielę czułam, że muszę to powiedzieć księdzu przy spowiedzi. wiedziałam, że nie jest to grzech, ale wiedziałam też, że jak to zataję, to spowiedź będzie nieważna. Tak czułam. I ksiądz wyznał mi, że bardzo się ostatnio zastanawiał nad pewnymi sprawami. Myślę, że byłam dla niego świadectwem, na jego wątpliwości, które pojawiły mu się w głowie. Czułam, że ta spowiedź dała nam obojgu dużo wiary. Taka wymiana. Ta spowiedź była jak do tej pory moją najgłębszą spowiedzią, najpełniejszą, dosłownie czułam, że słowa, które mówi do mnie ksiądz, są słowami żywego Jezusa. Wiem, jak to może brzmieć dla osób, które będą czytać to świadectwo, ale to całe wydarzenie było bardziej realne niż to, co dzieje się teraz. Podkreślam, że nie jestem nawiedzona, mam nadzieję ani nie mam problemów z głową. Wiem, że zło walczy o mojego brata. Teraz boję się mówić jakąkolwiek modlitwę, ale wiem że muszę i nie mogę tego porzucić, bo walka toczy się o grubą sprawę, skoro coś tak przerażającego pofatygowało się żeby mnie odwiedzić. Teraz tylko z Panem Bogiem jestem bezpieczna.
Sylwia, 2017-10-23 za www.faustyna.pl

Można czuć duszenie, naciski na pościeli, łóżku, plecach, przyduszania , zatykanie ust, że ktoś leży obok ciebie , stoi przy łóżku, krąży wokół niego , prosi cię abyś go zaprosiła, stuka, puka to stare sztuczki szatana, nic się nie zmieniło od dawna robi to w jednym celu, chce twojej lub czyjejś zguby, bo nienawidzi. diabeł zawsze chce abyście odpuścili modlitwę, bo to go paraliżuje. Dlatego ważne jest aby się nie bać, bo Jezus jest mocniejszy. diabeł manifestuje od razu swą złość i chce nas nastraszyć, bo też od razu nie szuka się lekarzy psychologów, psychiatrów ale zaraz idzie się do najlepszego psychologa Jezusa Chrystusa przez środki i recepty które On zostawił , w tym przypadku koronka do Bożego Miłosierdzia.

Takich przypadków jest tysiące, dlatego jeśli masz taką manifestację diabła, głupek cię straszy, coś przesuwa , włazi na łóżko to po to że chce cię przestraszyć abyś dalej się nie modliła. Nie trzeba się bać tylko dalej z wytrwałością i odwagą modlić się i jeszcze wezwać Maryję. Można zacząć odmawiać modlitwę:  Potężna Niebios Królowo i Pani Aniołów….   codziennie to diabeł nie wytrzyma odpuści i ucieknie .
Nie bój się diabła – Jezus jest mocniejszy i już go pokonał – teraz walka toczy się o twoją duszę – wytrwaj , wytrwaj
źródło: cudajezusa.pl

Miłość, zniewolenie, pożądanie i samogwałt – świadectwo Mariusza

Moje zniewolenie grzechem samogwałtu rozpoczęło się w szkole podstawowej. Miałem wówczas  trzynaście lat i brakowało mi świadomości, że wkraczam na drogę zła. Nie wiedziałem wtedy, że popełniam grzech, nie miałem wyrzutów sumienia ani poczucia winy. Nie miałem też przy sobie kogoś, kto by mi to uświadomił.
Chodziłem do kościoła, spowiadałem się, nieświadomie pomijając ten grzech, przyjmowałem świętokradzko Najświętszy Sakrament. Wymyślałem najprzeróżniejsze kłamstwa, aby mieć okazję do samogwałtu, kupowałem gazety pornograficzne, oglądałem filmy. Jednym słowem, niemalże wszystko w moim życiu obracało się wokół masturbacji.

Zaczęły się kłopoty w kontaktach z dziewczynami. Mój wypaczony przez gazety i filmy obraz kobiety przekładał się na codzienne życie. Kiedy patrzyłem na atrakcyjną dziewczynę, rozbierałem ją oczami, wyobrażałem sobie, jak uprawiam z nią seks.
Nie umiałem być z dziewczyną jako przyjaciel, kolega. Nie angażowałem się w takie relacje. Do zaspokojenia moich pragnień wystarczały mi gazety albo filmy pornograficzne. W tamtym czasie liczyła się dla mnie tylko atrakcyjność cielesna kobiety. Byłem niesamowicie ograniczony i ubogi duchowo. Ten tragiczny stan mojej duszy trwał jeszcze wiele lat, lecz w tym czasie Bóg okazał mi łaskę. Podczas rekolekcji w mojej parafii dowiedziałem się, że samogwałt jest grzechem; stopniowo zaczęło do mnie docierać, że to, co robię, jest złe. Miałem wyrzuty sumienia, ale usprawiedliwiałem je myślą, że przecież nie wyrządzam nikomu krzywdy, więc nie jest jeszcze ze mną tak źle. Coraz rzadziej się spowiadałem, gdyż wstydziłem się wyznać ten grzech; po spowiedzi nie czyniłem starań, aby zerwać z samogwałtem.
Stopniowo zacząłem uświadamiać sobie, że jestem uzależniony – jestem nałogowcem niemającym siły i niezdolnym do powstrzymania się od masturbacji. Wtedy zaczęła się moja powolna walka z nałogiem; walka, w której pomagała mi modlitwa. Nie było łatwo – porównałbym to do kropli wody drążącej skałę. Po każdym upadku czułem się upodlony, sponiewierany i upokorzony… Klękałem i modliłem się o to, bym więcej nie upadał, i znowu upadałem – następnego dnia, za dwa dni, za tydzień…

Myślałem nieraz, że to beznadziejne zmaganie się z grzechem nigdy się nie skończy. W takich chwilach ogarniało mnie przygnębienie i rozpacz. Wtedy to właśnie kolega podsunął mi „Miłujcie się!”. Przeczytałem w nim o wielu osobach takich jak ja, uwięzionych i zniewolonych przez zło. To dodało mi otuchy i nadziei – po każdym upadku starałem się iść do spowiedzi. Pomimo że wciąż upadałem, to wiedziałem, że Bóg mnie wspiera. I choć miałem świadomość, że jestem nędznym grzesznikiem, nie rozpaczałem. Miałem nadzieję.
Mógłby ktoś teraz pomyśleć, że najgorsze już poza mną. Nic bardziej mylnego. Szatan tak łatwo nie porzuca duszy, ale wykorzystuje każdą okazję, aby ją ponownie zniewolić. Bardzo łatwo się zagubić, oszukać sumienie, wmówić sobie miłość. Pokierować życiem swoim i innych według egoistycznego „ja”. Tak było ze mną…
Miałem wtedy dwadzieścia sześć lat, a ona dwadzieścia dziewięć. Była mężatką, miała trzyletniego syna. Byłem spragniony kobiety, podobało mi się jej ciało, wzruszyła mnie historia jej życia, gdy opowiedziała mi o swym nieudanym małżeństwie. Chciałem jej „pomóc”, lecz pomoc ta przerodziła się w zmysłowość i pożądanie. Imponowało mi, że tak atrakcyjna kobieta jest mną zainteresowana. Nie pomyślałem, że jest tak samo jak ja zagubiona i że szukała oparcia, którego nie mogłem jej dać.
Uwiodłem ją i szybko doszło między nami do współżycia. Zaczęliśmy się potajemnie spotykać, podczas niemalże każdego spotkania dochodziło między nami do stosunku. Myślałem, że jestem zakochany, i nie mogłem bez niej żyć. Dni były czekaniem na spotkanie z nią. Trwało to kilka miesięcy. Mąż zaczął ją podejrzewać, że ma romans, nasze schadzki stawały się coraz rzadsze; cierpiałem rozłąkę. Ciągle dręczyło mnie sumienie.

Chodziłem do spowiedzi, lecz nie potrafiłem przyjąć nauki kapłana, który nakazywał mi zerwać ten związek. Postawić się w miejscu męża zdradzanego przez żonę, w miejscu dziecka, któremu rozbija się rodzinę. Przecież w każdej chwili nasz romans mógł wyjść na jaw, ona mogła zajść w ciążę. Wolę nie myśleć, co by się wtedy stało… Wtedy o tym nie myślałem, uważałem, że sobie poradzę. Tak bardzo chciałem z nią być, że przeżywałem niemal fizyczny ból, gdy czekałem na spotkanie.
Nie mogłem pracować, spałem całymi popołudniami z nadzieją, że gdy się obudzę, zdarzy się jakiś „cud” i będziemy razem. Straszny stan mojej duszy doprowadzał mnie do myśli o tym, że dobrze by było, aby jej mąż umarł, bo był przeszkodą w naszym „szczęściu”. Życzyłem śmierci temu człowiekowi. Powróciłem do samogwałtu jako recepty na smutek, lecz po każdym upadku stawałem się coraz bardziej zrozpaczony. W czasie tych trudnych dla mnie dni zacząłem modlić się różańcem, jeździłem do Częstochowy na czuwania modlitewne. Modliłem się nowenną, do św. Judy Tadeusza, gdyż dowiedziałem się, że jest On orędownikiem spraw beznadziejnych, takich jak moja. Z jednej strony wiedziałem, że takie życie jest grzechem, jednak z drugiej nie potrafiłem wtedy żyć inaczej, nie widziałem wyjścia z tej sytuacji.

Nie potrafiłem przestać o niej myśleć, pożądać jej.
Dziś mogę powiedzieć, że każdy dzień był wtedy dla mnie piekłem, pustką, w której żyła moja dusza, nigdy więcej nie chciałbym się tak czuć, jak wtedy się czułem. To straszne, do czego może doprowadzić zawierzenie uczuciom, pożądaniu, zmysłowości… Gdy odrzucisz przykazania Boże, wystarczy chwila, a wmówisz sobie wszystko – nawet to, że cudzołożenie może być dobre; nazwiesz je nawet miłością. A przecież miłość jest doskonała, jest największa, nie pożąda złego, nie cieszy się z niesprawiedliwości. Miłość jest prawdą, a niemal wszystko, co robiłem, było kłamstwem lub nosiło jego znamiona.

Mijały tygodnie, a nasz chory związek rozpadał się, już nie spotykaliśmy się, dzwoniliśmy do siebie coraz rzadziej. To, co nas łączyło, skończyło się samo, wypaliło się. Widzę w tym łaskę Boga, którą wyprosiłem przez Matkę Bożą, przez św. Judę.
Dziś mogę to powiedzieć: uratowała mnie i ją modlitwa i wstawiennictwo Matki Bożej. Gdyby nie to, naprawdę mógłbym doprowadzić do rozpadu jej małżeństwa, do zniweczenia świętego sakramentu, zabrałbym dziecku ojca, którego nigdy bym nie zastąpił. Dziś dziękuję Jezusowi za to, że okazał nam miłosierdzie i uchronił nas od pułapki, w którą wpadliśmy.
Myślałem, że nigdy już tak nie będę kochał nikogo jak ją. Myliłem się bardzo, nie wiedziałem wtedy, że miłość to nie uczucia. Uczucia są ważne, lecz nie są miłością. Modlitwa i zaufanie Jezusowi odmieniło moje życie, pozbyłem się grzechu samogwałtu. Dzięki Bogu poznałem wkrótce moją obecną żonę. Mamy troje dzieci i teraz dopiero zrozumiałem, czym jest miłość. Jest przede wszystkim wyzbyciem się swojego ego i troską o drugą, powierzoną mi w sakramencie, osobę, która jest ze mną jednym ciałem i duszą. Nie ma miłości bez poszanowania Bożych praw. Bóg i miłość są tożsami. Dopiero w małżeństwie miłość zyskuje pełny wymiar, jest powołaniem do stawania się lepszym. Jest mi wstyd i żałuję tego, co zrobiłem. Mam nadzieję, że Bóg wybaczy mi ten grzech, że da mi szansę, aby odpokutować swoje winy.

Przestrzegam wszystkich: nigdy nie wchodźcie w takie związki, to pułapka szatana, niszczy obydwie strony i pozostawia rany na całe życie. Samogwałt to nie sposób na rozładowanie napięcia seksualnego, lecz nałóg, który zniewala duszę, spycha człowieka na poziom zwierzęcia. Sprawia, że zamykasz się w swoim świecie urojeń i kłamstwa, stajesz się nieszczęśliwym człowiekiem, odsuwasz się od ludzi i od Boga, który jest jedynym źródłem szczęścia dla każdego z nas.

Pisząc to świadectwo, mam świadomość cudu, który dokonał się w moim życiu, ponieważ byłem już na progu zatracenia się w grzechach nieczystości. Żyłem w ciemności, lecz Jezus mnie uratował. Jestem teraz wolnym człowiekiem, obarczonym wprawdzie grzechami, niedoskonałością i problemami dnia codziennego, ale wiem, że Bóg mnie kocha. Niech będzie wysławione Jego Imię na wieki.
Proszę was o modlitwę za kobietę, którą uwiodłem, za mnie i moją rodzinę.
Mariusz
źródło: milujciesie.org.pl

Nawrócenie się francuskiego Żyda – Alfonsa Ratisbonne’a

Historia nawrócenia się na katolicyzm żyjącego w drugiej połowie XIX wieku francuskiego Żyda, Alfonsa Ratisbonne’a, jest niezwykłym dowodem na to, że Pan na wiele rozmaitych sposobów przyciąga do siebie ludzi.
Alfons Ratisbonne stracił matkę jeszcze jako niemowlę, kilka lat później natomiast zmarł jego ojciec. Osieroconymi dziećmi – między innymi Alfonsem i jego bratem, Teodorem – zaopiekował się wuj, o którym obaj podopieczni zawsze wypowiadali się z wielką miłością i uznaniem.
Wuj był zamożnym bankowcem, więc braciom niczego nie brakowało. Zostali posłani do najlepszych szkół w Strasburgu – przy czym poważniejszy i bardziej zrównoważony Teodor spełniał wszelkie pokładane w nim nadzieje, podczas gdy Alfons uchodził za rodzinnego lekkoducha. Ze strasburskich szkół, jak sam wspominał, „wyniósł większą wiedzę o arkanach podbojów miłosnych niż o kulturze”.
Alfons, chociaż był Żydem, przyjaźnił się z protestantami i katolikami. Sprawy religijne nie dzieliły przyjaciół, bo po prostu nie miały znaczenia dla żadnego z nich. Magisterium humanistyczne Ratisbonne uzyskał w instytucie, który uchodził za protestancki.

W tym czasie jednak miało miejsce pewne wydarzenie, które wstrząsnęło całą rodziną Ratisbonne’ów: brat Alfonsa, Teodor, przyjął chrzest w Kościele katolickim, a następnie, po kilku latach, przyjął święcenia kapłańskie i przewodził Arcybractwu Serca Maryi.
Im bardziej kogoś kochamy, tym większym gniewem i rozpaczą przejmuje nas sytuacja, gdy ukochana osoba oddala się od nas, przejmuje odmienne zwyczaje i inny styl życia. Alfons był pewien, że traci brata, co więcej: był przekonany, że zaangażowanie w sprawy wiary unieszczęśliwi Teodora. Bóg bliski wydawał mu się potęgą, która łamie i zniewala, odbiera wszystko, co w życiu najsłodsze i najpiękniejsze.

Zabija radość.
On sam wolał trzymać się od Boga z daleka. Za bardzo, jak mawiał, kochał paryskie Champs-Elisées – czyli ucieleśnienie wszystkiego, co lekkie, wesołe i niezobowiązujące. Wprawdzie wuj wprowadzał go, jako przybranego syna, do bankowych interesów i obiecywał mu świetną posadę w jednym z banków, jednak Alfonsa nudziła sztywna i oficjalna atmosfera biur: kiedy tylko miał okazję, urodzony hedonista, uciekał do swoich radosnych Champs-Elisées.

A tymczasem Teodor – w mniemaniu Alfonsa – rezygnował ze wszystkich przyjemności, jakich można w życiu zaznać. Jego własny brat przystał do katolickich fanatyków! Dla Alfonsa jakiekolwiek zaangażowanie w wiarę oznaczało fanatyzm. Był rozgniewany i pełen żalu: do brata i do tej dziwnej religii katolickiej, która mu brata odebrała. Tym razem nie mógł tej religii po prostu zignorować: bezpośrednio dotknęła jego życia i zaczęła go drażnić. Dlatego nienawidził Kościoła katolickiego i walczył z nim.
Parę lat później, w roku 1841, 27-letni Alfons Ratisbonne dla podreperowania zdrowia wyjechał w podróż po Europie. Zamierzał odwiedzić rodzinę w Paryżu, zahaczyć o Neapol, gdzie chciał złożyć wizytę przyjaciołom, miał jakieś listy do Konstantynopola, następnie, zgodnie z zaleceniem lekarza, zamierzał przezimować na Malcie, aby wiosną, via Orient, powrócić do Strasburga, do oczekującej go narzeczonej.
Narzeczona była mu, zgodnie ze zwyczajem, „przeznaczona” już jako niemowlę. Należała do bliskiej rodziny: była bratanicą Alfonsa. W czasie, gdy Ratisbonne wyruszał w swoją podróż, miała lat szesnaście i była, jak to opisywał:
„najsłodszą, najmilszą i najbardziej czarującą dziewczyną, jaką można sobie wyobrazić”.

Do tego bardzo zakochaną w narzeczonym. To jej delikatność i cicha obecność sprawiała, jak mówił Alfons, że on, sceptyk i ateista, instynktownie zwracał się do Boga (!), dziękując mu za taki skarb. Flora – tak miała na imię – była „aniołem stróżem” Alfonsa, skłaniając go do dobrych, acz nieracjonalnych z jego punktu widzenia, działań. Jednym z nich było Towarzystwo Pomocy Bezrobotnym Młodym Żydom, którego Ratisbonne był członkiem, angażując się energicznie w pomoc ubogim rodakom.
Tak więc wszystko było ułożone: najpierw podróż po Europie, zaraz po powrocie ślub z Florą (która tymczasem miała osiągnąć pełnoletniość) i objęcie posady bankiera.
Tymczasem jednak „coś” zaczęło się dziać w życiu Ratisbonne’a, to „coś”, dyskretnie, a jednak dostrzegalnie, ingerowało w jego uporządkowane życie. Zaczęło się od nieoczekiwanej zmiany trasy.
„Nie miałem najmniejszego zamiaru wyprawiać się do Rzymu, mimo że uporczywie zapraszali mnie dwaj, mieszkający tam, przyjaciele z dzieciństwa
– pisał Ratisbonne w swoim późniejszym liście do przyjaciela, M. Dufriche-Desgenette’a.

Na dodatek narzeczona przesłała mu liścik od jego osobistego lekarza, w którym ten stanowczo zabraniał mu udawania się do Wiecznego Miasta, ogarniętego akurat epidemią malarii. Był ostatni dzień starego roku i jeden z ostatnich, które Ratisbonne miał spędzić w Neapolu: wkrótce spodziewał się być już w drodze na Maltę.
Wybrał się na spacer po obcym mieście. Czuł się samotny z dala od rodziny i narzeczonej, brakowało mu radosnej atmosfery strasburskiego domu. Wędrował po opustoszałych ulicach zatopiony w myślach. Nie wiemy dokładnie, nad czym się zastanawiał, do czego podążał myślą. Być może jeszcze raz wróciło do niego wspomnienie spotkania, w którym wziął udział tuż przed wyjazdem do Paryża?
Kilku notabli, wśród nich Ratisbonne, zebrało się, by wspólnie rozważyć sposoby i możliwości zreformowania żydowskiego kultu. Podczas długiej dyskusji, wspominał później Alfons, ani razu nie padło słowo „Bóg” ani „Mojżesz”, nikt nawet nie napomknął o Biblii.

Być może właśnie o tym rozmyślał, kiedy na jego drodze nagle wyrósł gmach kościoła. Drzwi były otwarte na oścież, a w środku właśnie odprawiano Mszę świętą. Po raz pierwszy w swoim życiu Ratisbonne znalazł się wśród zatopionych w modlitwie chrześcijan. Po latach wspominał:
Na swój sposób i ja się modliłem. Za moją narzeczoną, wuja, za mojego zmarłego ojca i kochaną matkę, którą tak szybko utraciłem, za wszystkich moich przyjaciół; prosiłem Boga o inspirację i pomoc w ulepszeniu żydowskiej religii…” – wspominał.
Kiedy parę dni później przyjaciel Ratisbonne’a, pan de Réchecourt, stawił się o umówionej porze w porcie, aby pożegnać odpływającego na Maltę, nie zastał nikogo. Drugi przyjaciel, pan de Vigne, który z kolei miał towarzyszyć Alfonsowi w podróży, otrzymał krótki list informujący, że Ratisbonne „nie był w stanie odmówić sobie wyprawy do Rzymu”.
Dotarł do celu akurat w święto Trzech Króli. On sam był jak poganin zmierzający do Betlejem, tyle że jeszcze o tym nie wiedział. Na razie zwiedzał. W towarzystwie pewnego Anglika oglądał ruiny, katakumby i świątynie. Rzym nie robił na nim takiego wrażenia, jakiego się spodziewał; czuł się jakby nienasycony, miał wrażenie, że to, co najważniejsze, jeszcze nie nadeszło.
Dwa dni później na ulicy ktoś zawołał go po imieniu. Był to przyjaciel z dzieciństwa, Gustaw de Bussiéres, młodszy brat barona Teodora de Bussiéres, który wcześniej przeszedł z protestantyzmu na katolicyzm. Wszyscy trzej panowie spotkali się wkrótce na śniadaniu w domu rodzinnym Bussiére’ów, na które Alfons został natychmiast zaproszony przez Gustawa.

Teodor był nie tylko imiennikiem brata Alfonsa, ale i jego bliskim przyjacielem. I już samo to wystarczyło, żeby wywołać jego głęboką antypatię. Mimo wszystko jednak Teodor i Alfons umówili się na jeszcze jedno spotkanie, aby porozmawiać o Oriencie i Sycylii, z których baron niedawno powrócił.
„Mogę panu dać również nowy adres Pańskiego brata, właśnie otrzymałem od niego list” – zaproponował de Bussiéres.
„Chętnie wezmę – odparł sucho Ratisbonne. – Ale nie sądzę, bym miał zrobić z niego użytek”.
Spotkanie obu panów musiało jednak okazać się na tyle miłe, że obopólna niechęć została przełamana, a Alfons wziął od barona nie tylko adres brata, ale i… cudowny medalik z wizerunkiem Matki Bożej.
Teodor de Bussiéres musiał być wytrawnym psychologiem. Pod pozornym cynizmem i skłonnością do ironii dostrzegł w Ratisbonnie kruchego i spragnionego miłości człowieka. Dostrzegł też, że ziarno wiary, choć na wszelkie sposoby zagłuszane, musiało już wzrastać w tym zdeklarowanym ateiście.

Zaproponował mu rzecz niebywałą: odmawianie modlitwy św. Bernarda. Nie chciał swojego nowego znajomego zniechęcać natrętnym nawracaniem – zaproponował mu tylko coś w rodzaju testu, na który Ratisbonne przystał.
„Jeśli odmawianie tej modlitwy w niczym mi nie pomoże, to i z całą pewnością nie zaszkodzi” – skwitował Alfons.
Ponadto cieszyła go perspektywa wzbogacenia prywatnych zbiorów o piękny odpis modlitwy, podarowanej mu przez de Bussiéres’a.
Ku zaskoczeniu Ratisbonne’a modlitwa „odmawiała się sama”. Nie musiał się zmuszać do porannego i wieczornego przypominania sobie jej słów. Towarzyszyła mu wszędzie, niczym melodia, którą się gdzieś zasłyszało. Nagle wracała do niego w trakcie codziennych spraw, przywoływała na jego twarz uśmiech, przynosiła ukojenie.
20 stycznia Ratisbonne towarzyszył baronowi w drodze do rzymskiego kościoła San Andrea delle Fratte. Włoski arystokrata miał tutaj do załatwienia formalności związane z pogrzebem swego znajomego, znanego z wielkiej pobożności hrabiego de La Ferronays, którego zresztą kilka dni przed jego śmiercią poprosił o modlitwę w intencji nawrócenia się Alfonsa.

Ratisbonne zdecydował się obejrzeć świątynię. Od paru dni nosił już na szyi cudowny medalik, ale zdania nie zmienił: urodził się Żydem i Żydem umrze. Już samo poczucie lojalności wobec własnego narodu nie pozwalało mu myśleć o konwersji, nie mówiąc już o jego miłości do życia, którego przecież nie chciał tracić. W takiej sytuacji odmawianie modlitwy św. Bernarda było nieracjonalne. Ale jeszcze bardziej irracjonalne było to, co przydarzyło mu się właśnie tego dnia w kościele San Andrea. Tak sam opisał  niesamowitą chwilę swojego nawrócenia:
„Gdyby w tym momencie (było południe) ktoś trzeci był do mnie przystąpił i powiedział: Alfonsie, za kwadrans będziesz uwielbiać Chrystusa, twego Pana i Zbawiciela i w nędznym kościele klęczeć na kolanach, będziesz u stóp kapłana bić się w piersi, w klasztorze jezuitów będziesz spędzał karnawał, przygotowując się do chrztu, gotowy oddać swoje życie za wiarę katolicką, i wyrzekniesz się świata, jego przepychu i radości, swego majątku, perspektyw, przyszłości i jeśli to jest konieczne, wyrzekniesz się także swojej narzeczonej, miłości swojej rodziny, poważania przyjaciół, sympatii Żydów i nie będziesz sobie niczego więcej życzył, jak tylko służyć Jezusowi Chrystusowi i nieść Jego Krzyż aż do śmierci!… Mówię, gdyby jakiś prorok zrobił mi taką przepowiednię, nie uważałbym żadnego człowieka za bardziej szalonego od niego – lub chyba tego, który uwierzyłby w takie szaleństwo! I to szaleństwo jest tym, co dzisiaj stanowi moją mądrość i moje szczęście.
Opuszczając kawiarnię, spotykam powóz pana Theodora de Bussiéres. Zatrzymuje się i zaprasza mnie do środka na przejażdżkę. Była wspaniała pogoda i przyjąłem zaproszenie z przyjemnością. Jednak pan de Bussiéres prosił mnie, aby pozwolić mu zatrzymać się jeszcze parę minut w pobliskim kościele S. Andrea delle Fratte”.

Alfons, oczekując na swego przyjaciela, wszedł do świątyni.
„Kościół Świętego Andrzeja jest mały, skromny i odwiedzany przez niewielu. Przypuszczam, że byłem tam nieomal sam. Żaden przedmiot sztuki nie zwrócił na siebie mojej uwagi. Mechanicznie pozwoliłem memu oku wędrować dokoła, zupełnie bezmyślnie. Przypominam sobie tylko czarnego psa, który przede mną skakał wokoło… Nagle pies zniknął, zniknął cały kościół, nie widziałem nic więcej lub raczej, o mój Boże, widziałem tylko jedno!!!
Wnętrze kościoła ogarnęła ciemność, a całe światło jak gdyby skoncentrowało się w jednym punkcie kaplicy. Spojrzałem w to rozjaśnione miejsce i zobaczyłem żywą, pełną majestatu, przepiękną i pełną miłości, najświętszą Dziewicę Maryję, stojącą na ołtarzu. Wyglądała podobnie, jak na medaliku. Dała mi znak, żebym uklęknął. Nie mogłem się oprzeć pragnieniu zbliżenia się do Niej.
Padłem na kolana, tak jak stałem, i próbowałem patrzeć na Nią, ale nie byłem w stanie znieść Jej wspaniałości i świętości. Mimo to jednak byłem całkowicie przekonany o Jej obecności. Spojrzałem na Jej ręce: były otwarte w geście miłości i przebaczenia. Najświętsza Dziewica nie powiedziała do mnie ani słowa, a jednak ja nagle zrozumiałem – opłakany stan, w którym się do tej pory znajdowałem, spustoszenie, jakie poczynił we mnie grzech, i piękno wiary katolickiej. Zrozumiałem wszystko.

Jak można by wyjaśnić to, co jest nie do wyjaśnienia? Każdy wzniosły opis byłby tylko profanacją niewypowiedzianej prawdy. Klęczałem na kolanach, skąpany we łzach, nie władnący sobą, aż mnie przywołał do życia pan de Bussiéres.
Na jego pospieszne pytania nie mogłem nic odpowiedzieć. W końcu chwyciłem medalik, który ciągle jeszcze nosiłem na piersi, pocałowałem wizerunek Matki Boskiej, który promieniował nie dającym się opisać działaniem łaski… Tak, to była Ona, Ona!
Nie wiedziałem, gdzie się znajdowałem, nie wiedziałem, czy byłem Alfonsem, czy kimś innym. Doznałem tak całkowitej przemiany, że wierzyłem, iż stałem się kimś innym. (…) Entuzjastyczny okrzyk wznosił się z wnętrza mej duszy. (…)
Wyczuwałem w sobie coś uroczystego, świętego, co kazało mi zażądać kapłana… Zaprowadzono mnie tam i dopiero potem, po otrzymaniu wyraźnego polecenia, mówiłem, o ile to było dla mnie możliwe, na kolanach i z bijącym sercem.
Pierwszymi moimi słowami były wyrazy wdzięczności dla pana de La Ferronays i dla Arcybractwa Notre-Dame-des Victoires. Wiedziałem z pewnością, że pan de La Ferronays modlił się za mnie, ale nie mogłem powiedzieć, jak doszedłem do tego przekonania.
Tak samo nie mógłbym zdać sprawy o prawdach, których znajomość została mi udzielona i w które teraz wierzę. Mogę tylko powiedzieć, że w tym momencie spadły łuski z moich oczu; nie jedna, lecz wszystkie, które mnie krępowały, znikały jedna po drugiej, tak szybko jak błoto, śnieg i lód pod działaniem palącego słońca.

Przy wchodzeniu do kościoła niczego nie wiedziałem, a przy wyjściu wszystko jasno widziałem. Mogę tę przemianę wyjaśnić tylko przez porównanie z człowiekiem obudzonym nagle z głębokiego snu lub też ze ślepym od urodzenia, który nagle zobaczył światło dzienne: widzi, ale nie może określić światła, które go oświeca i w którego blasku ogląda cudowne dla niego przedmioty.
Jeżeli nie można wyjaśnić światła fizycznego, jak można wytłumaczyć owo, które w istocie nie jest niczym innym, jak tylko samą prawdą? Sądzę, że będzie zgodne z prawdą, jeśli powiem, że nie miałem żadnej znajomości litery dogmatów, ale ich ducha przeczuwałem. Bardziej przeczuwałem te rzeczy, niż je widziałem, a wyczuwałem je dzięki niewysłowionemu działaniu, jakie na mnie wywierały.
Wszystko odgrywało się w moim wnętrzu i te wrażenia, szybsze niż myśli, tysiąc razy głębsze od każdej refleksji, nie tylko wzburzyły moją duszę, lecz jakby odwróciły ją i nastawiły na nowy kierunek, na inny cel i nowe życie”.
Podczas objawienia Matki Bożej Ratisbonne pojął rozmiary własnej nędzy i wspaniałość Bożej Miłości. Doświadczył wszechogarniającego przebaczenia i oczyszczenia. To, co działo się w jego życiu później, było już tylko aktem wdzięczności za tę Miłość.

Wcześniejsze obawy Alfonsa przed utratą tego wszystkiego, co go cieszyło w życiu: przyjemności, przyjaciół i swobody; jego lęk przed popadnięciem w fanatyzm – okazały się nieistotne. Zrozumiał, że Bóg niczego mu nie odebrał, niczego w nim nie łamał. Najświętsza Dziewica Maryja pokazała mu bez słów prostotę i wielkość Miłości.
„Wszyscy, którzy mnie znają, wiedzą, że po ludzku sądząc, miałem wiele ważnych powodów, by pozostać Żydem: rodzina moja żydowska, narzeczona Żydów­ka… A przecież wiadomo także wszystkim, że nie jestem wariatem! Jakże jestem teraz szczęśliwy!… Jaka pełnia łaski i dobroci!…” – pisał Alfons Ratisbonne.
O tym, jaką prostotą i ciepłem może promieniować miłość, przekonał się także podczas swojej wizyty u papieża Grzegorza XVI, która miała miejsce niedługo po nawróceniu. Pisał:
„Całe moje zdenerwowanie prysnęło, gdy ujrzałem, jak prosty, zwyczajny i ojcowski jest papież! Nie był monarchą, tylko ojcem, który przyjął mnie jak najdroższego syna!”.
Osiem dni po nawróceniu Ratisbonne rozpoczął rekolekcje. 31 stycznia 1842 r. w rzymskim kościele pod wezwaniem Imienia Jezusa przyjął chrzest, na którym przybrał dodatkowo imię „Maria” – dla uczczenia Najświętszej Maryi Panny Niepokalanie Poczętej od Cudownego Medalika; wówczas także przyjął sakrament bierzmowania, Pierwszą Komunię św., a po latach także święcenia kapłańskie. Wraz z bratem Teodorem założył Kongregację Najświętszej Maryi Panny Syjońskiej (Sióstr Syjońskich), która poświęciła się nawracaniu i przygotowywaniu do chrztu Żydów.
źródło: milujciesie.org.pl

Objawienie Maryi w celi śmierci

Rok 1944, Missisipi na południu Stanów Zjednoczonych. Claude Newman, czarnoskóry dwudziestolatek, czeka w więzieniu stanowym na swoją egzekucję.

Claud Newman urodził się w 1923 r. w małej miejscowości nad rzeką Missisipi, w Stanach Zjednoczonych. Kiedy skończył 5 lat, uciekł od swojej matki i razem z bratem wychowywał się u swej babci Ellen. Już w bardzo wczesnym wieku rozpoczął ciężką pracę na plantacjach Ceresu. To tu pracował również Sid Cook, za którego wyszła jego babcia.

Kiedy Claude miał już 19 lat, pewnego dnia zobaczył, jak przyszywany dziadek bił i poniewierał jego ukochaną babcię. Na fali nagłej złości chłopak zabił agresora i uciekł z miejsca zdarzenia. Kilka tygodni później został złapany. Skazano go za to zabójstwo na karę śmierci na krześle elektrycznym.

Pewnego wieczoru, siedząc w celi wraz z czterema innymi więźniami, Claude zauważył na szyi jednego z nich owalną blaszkę na rzemyku. Zainteresowany zapytał, co to jest. Kiedy usłyszał odpowiedź, że to „medalik”, pytał dalej. Współwięzień, nie umiejąc mu tego wyjaśnić, zezłoszczony zerwał „blaszkę” i, przeklinając, rzucił Claude’owi pod nogi. On podniósł ją i za zgodą strażnika zawiesił sobie na szyi, ciesząc się z nowej ozdoby.

Pewnej nocy po tym wydarzeniu Claude przeżył przedziwne zdarzenie. Jak opowiadał później księdzu, nagle w środku nocy poczuł, że ktoś go dotyka, i obudził się z przerażeniem. Stała przy nim Pani, „najpiękniejsza spośród tych, jaką Bóg mógł stworzyć”. Na początku był bardzo wystraszony i nie wiedział, co robić, ale Ona powiedziała: „Jeśli chcesz być moim dzieckiem i mieć Mnie za Matkę, każ zawołać katolickiego księdza” i zniknęła… Niemający do czynienia z Kościołem katolickim Claude nigdy nie wpadłby na to, że ksiądz może mu w czymkolwiek pomóc i ostatecznie doprowadzić go do zbawienia, ale zrobił tak, jak poleciła mu Pani.

Katechezy

I tak oto następnego ranka do Claude’a Newmana przyszedł ojciec Robert O’Leary, misjonarz pracujący na tamtym terenie. Newman wyjawił mu tajemnicę ostatniej nocy, po czym razem z innymi więźniami, ku wielkiemu zdziwieniu ojca O’Leary’ego, poprosił o jej wyjaśnienie. Kapłan podszedł do tego sceptycznie, choć czterech pozostałych więźniów, mimo że nie widziało i nie słyszało głosu tej Pani, żywo potwierdziło, że historia opowiadana przez Claude’a była prawdziwa. Misjonarz zgodził się na udzielanie im lekcji katechizmu.

Okazało się, że Claude Newman nie potrafił ani czytać, ani pisać, gdyż nigdy nie chodził do szkoły. Brakowało mu podstawowej wiedzy religijnej… Właściwie to nie wiedział prawie nic – nie znał Jezusa, słyszał tylko, że istnieje Bóg. Tak rozpoczęły się lekcje Claude’a, któremu towarzyszyli inni więźniowie. Wkrótce okazało się, że jest szczególnym uczniem…

Tajemnica spowiedzi

Któregoś dnia o. O’Leary rozpoczął katechezę o sakramencie spowiedzi św. Jak wielkie było jego zdziwienie, gdy Claude powiedział:

„O tym już słyszałem. Pani powiedziała, że kiedy przystępujemy do spowiedzi, to nie klękamy przed księdzem, ale przed krzyżem Jej Syna. A jeśli naprawdę żałujemy za nasze grzechy i je wyznajemy, to Krew, którą Jezus wylał za nas na krzyżu, obmywa nas i oczyszcza z naszych win”.

Ksiądz był poruszony. A gdy odszedł z Claude’em na bok, by inni nie słyszeli, ten rozpoczął poważnie:

„Pani powiedziała mi też, że za każdym razem, kiedy przyjdzie księdzu zwątpienie lub strach, powinienem księdzu przypomnieć o obietnicy złożonej przez księdza w 1940 roku w okopach w Holandii, na której wypełnienie Ona wciąż czeka”.

Claude opisał mu, na czym owa obietnica polegała, i ta niesamowita rzecz w pełni przekonała ojca O’Leary’ego, że to Matka Boża rozmawiała z chłopakiem.

Claude dodawał odwagi swoim kolegom:

„Nie bójcie się iść do spowiedzi! Ja wyznałem swoje grzechy Bogu. Matka Boża mi to wyjaśniła: my mówimy do Boga poprzez księdza, a Bóg przez księdza mówi do nas”…

Tajemnica Komunii św.

Jakiś tydzień później o. O’Leary chciał opowiedzieć swoim pięciu więźniom o Najświętszym Sakramencie. Claude znów sprawiał wrażenie, jakby Matka Boża już wcześniej mu o tym powiedziała. Za zgodą księdza zaczął wyjaśniać:

„Matka Boża powiedziała mi, że Komunia Święta dla naszych oczu wygląda jak kawałek chleba, ale ta Biała Hostia jest rzeczywiście najprawdziwszym ciałem Jej Syna. Wyjaśniła mi, że Jezus – przychodząc w Komunii św. – jest we mnie. Co więcej, jest takim, jakim był wtedy, kiedy żył, kiedy urodził się w Betlejem. Dlatego czas po przyjęciu Komunii św. muszę poświęcić tylko Jemu, czyniąc tak, jak On czynił przez całe swoje życie: kochając Go, modląc się do Niego, prosząc Go o błogosławieństwo, dziękując Mu. W tej chwili nie powinienem troszczyć się o nikogo i o nic, ale poświęcić ten czas tylko Jemu”.

W końcu nadszedł czas zakończenia nauki. 16 stycznia 1944 roku Claude Newman razem z innymi współwięźniami zostali ochrzczeni w Kościele katolickim. Cztery dni później, pięć minut po północy, miała nastąpić egzekucja. W przeddzień egzekucji szeryf Williamson zapytał Claude’a o jego ostatnie życzenie. Było nim, ku zdziwieniu wszystkich, wspólne świętowanie. Claude cieszył się, że wkrótce spotka Jezusa, którego tak bardzo pokochał; który przebaczył mu wszystkie grzechy w sakramentach chrztu i pojednania. Strażnicy wraz z więźniami spędzili świętą godzinę, uczestnicząc w drodze krzyżowej i modląc się za Claude’a. Po zakończeniu o. O’Leary przyniósł Najświętszy Sakrament i udzielił Claude’owi Komunii św. Potem razem uklękli i, modląc się, oczekiwali. Godzina egzekucji zbliżała się nieubłaganie…

Ofiara miłości

Nagle, kwadrans przed egzekucją, wbiegł do skazańca szeryf Williamson, przynosząc decyzję o przesunięciu wyroku o 2 tygodnie. Szeryf wraz z prokuratorem okręgowym próbowali za wszelką cenę ratować jego życie. Claude się rozpłakał. Ojciec O’Leary i szeryf Williamson myśleli, że były to łzy radości i ulgi z przesunięcia wyroku, ale Claude, zanosząc się od płaczu, mówił:

„Nic nie rozumiecie! Czy kiedykolwiek widzieliście Jej twarz i czy patrzyliście w Jej oczy? Gdyby tak było, nie chcielibyście żyć ani dnia dłużej. Co złego zrobiłem w ciągu tych ostatnich dni?” – pytał księdza – „że Bóg odmawia mi powrotu do domu? Dlaczego muszę pozostać jeszcze przez dwa tygodnie na ziemi?”…

Życie każdego wierzącego jest jedynie przygotowaniem na spotkanie z Miłosiernym Jezusem. Claude czuł się w pełni przygotowany… Jednak oprócz odpowiedzialności za siebie każdy chrześcijanin odpowiada również za zbawienie innych i ma do spełnienia ważne zadanie. Pisał o tym św. Paweł: „Z dwóch stron doznaję nalegania: pragnę odejść i być z Chrystusem, bo to o wiele lepsze, pozostawać zaś w ciele – to bardziej dla was konieczne” (Flp 1,23). Wiedział o tym doświadczony kapłan o. O’Leary, który nagle zrozumiał, że jest w tym pewny Boży zamysł wobec Calude’a. Chodziło o Jamesa Hughsa – mordercę, który choć był wychowany w wierze katolickiej, prowadził niemoralny tryb życia i niedawno został skazany za morderstwo.

„Być może Maryja prosi cię, abyś ofiarował ten dodatkowy czas bycia tutaj, na ziemi, w intencji nawrócenia Hughsa?” – mówił ksiądz. „Dlaczego nie ofiarujesz Bogu każdej chwili twojego oddzielenia od Maryi za tego skazańca, aby nie pozostał na wieki oddalony od Boga?”.

Claude zgodził się i poprosił księdza, aby nauczył go modlitwy, którą mógłby ofiarować w intencji zbawienia Jamesa Hughsa.

Jeszcze tego samego dnia chłopak zwierzył się: „Ojcze, od samego początku mojego pobytu w więzieniu Hughs mnie nienawidził, teraz jednak jego nienawiść nie zna granic”… Pomimo tego przez swe ostatnie dwa tygodnie ziemskiego życia dwudziestolatek nieustannie modlił się za Hughsa, przebaczając mu wszystko i błagając o łaskę nawrócenia dla niego. Czternaście dni później Claude został stracony. Ojciec O’Leary powiedział:

„Nigdy wcześniej nie widziałem nikogo, kto tak radośnie szedł na spotkanie śmierci”…

Tuż przed śmiercią chłopak powiedział ojcu:

„Jestem gotowy odejść”.

Spełniona obietnica

Trzy miesiące później, 19 maja 1944 roku, został wykonany wyrok Jamesa Hughsa, białego, który tak bardzo nienawidził Claude’a Newmana. Ojciec O’Leary relacjonuje:

„Żadne słowa nie mogą opisać jego nienawiści do Boga i do wszystkiego, co duchowe. W ostatniej chwili, zanim został przekręcony klucz w zamku do celi śmierci, lekarz okręgowy powiedział, aby przynajmniej klęknął i zmówił modlitwę »Ojcze nasz«. Więzień w odpowiedzi, przeklinając, plunął lekarzowi w twarz. Zanim jeszcze Hughs został przypięty do krzesła elektrycznego, szeryf zapytał po raz kolejny: »Jeśli ma pan coś do powiedzenia, proszę teraz powiedzieć!«. Skazaniec jeszcze raz zaklął, lecz nagle umilkł, utkwił przerażony wzrok w kącie celi, po czym krzyknął do szeryfa: »Proszę zawołać księdza!«”.

Zgodnie z przepisami kapłan powinien był być obecny w trakcie egzekucji, jednak skazany groził, że przeklnie Boga, gdyby jakiś klecha odważył się przyjść, dlatego ojciec O’Leary był ukryty między dziennikarzami, modląc się za skazańca. Zawołany, natychmiast podszedł do Hughsa, który wyznał: „Byłem katolikiem, jednak z powodu życia, jakie prowadziłem, w wieku 18 lat oddaliłem się od Kościoła”. W celi pozostał tylko on i ksiądz, który wysłuchał długiej, bolesnej spowiedzi z całego życia przestępcy.

Gdy wszyscy wrócili, szeryf, zaciekawiony, zapytał Jamesa:

„Co tak nagle poruszyło twoje sumienie?”. „Pamięta pan tego czarnoskórego, Claude’a Newmana, którego tak nienawidziłem?” – zapytał zupełnie przemieniony Hughs.

„Zobaczyłem go, jak stał w tym kącie, a Święta Panienka trzymała rękę na jego ramieniu. Powiedział do mnie: »Ofiarowałem swoją śmierć, w jedności z Chrystusem na krzyżu, aby cię uratować. Ona, Matka Boża, dała mi łaskę zobaczenia w piekle miejsca, do którego trafisz, jeśli nie będziesz żałował za uczynione zło i się nie nawrócisz«. W tym momencie zażądałem księdza”…

Krótko po tym James Hughs został stracony, ale dzięki ogromnej łasce Boga zdążył się nawrócić dosłownie w ostatniej chwili. Bóg „jest cierpliwy w stosunku do was. Nie chce bowiem niektórych zgubić, ale wszystkich doprowadzić do nawrócenia” (2 P 3,9). Nie może jednak zbawiać nas bez naszego udziału, bez naszej zgody, ponieważ szanuje naszą wolę.

Claude otworzył się na wołanie Maryi, nawrócił się i całym sobą przylgnął do Jezusa. Dzięki jego modlitwie i przebaczeniu również nienawidzący go James w ostatniej chwili odpowiedział na wezwanie do nawrócenia się.
Nadzieja dla nas

Święty Maksymilian Maria Kolbe pisał, że kto „tylko zgodzi się nosić na sobie Cudowny Medalik”, ukocha Niepokalaną całym sercem i będzie się do Niej w modlitwie uciekał we wszystkich swoich trudnościach i pokusach, ten „niebawem, a zwłaszcza w Jej święto, da się namówić do spowiedzi. Dużo jest zła na świecie, ale pamiętajmy, że Niepokalana jest potężniejsza”.

Maryja pragnie zaprowadzić wszystkich grzeszników do Jezusa, który w sakramencie pokuty dokonuje cudu przebaczenia wszystkich grzechów.

„Kiedy się zbliżasz do spowiedzi – mówi Jezus – wiedz o tym, że Ja sam w konfesjonale czekam na ciebie, zasłaniam się tylko kapłanem, lecz sam działam w duszy. (…) Z tego źródła miłosierdzia dusze czerpią łaski jedynie naczyniem ufności” (Dz. 1602).

„Pomimo nędzy, jaką jesteś, łączę się z tobą i odbieram ci nędzę twoją, a daję ci miłosierdzie Moje. (…) Im większy grzesznik, tym ma większe prawa do miłosierdzia Mojego… Kto ufa miłosierdziu Mojemu, nie zginie, bo wszystkie sprawy jego Moimi są, a nieprzyjaciele rozbiją się u stóp podnóżka Mojego” (Dz. 723).

Święty o. Maksymilian Maria Kolbe codziennie zawierzał siebie Niepokalanemu Sercu Maryi, bo wiedział, że jest to najprostsza i najpewniejsza droga do Chrystusa. To poświęcenie się Niepokalanemu Sercu Maryi oznacza przyjęcie Jej pomocy w ofiarowaniu nas samych jedynemu naszemu Zbawicielowi Jezusowi Chrystusowi. Znakiem tego całkowitego oddania się Jezusowi przez Maryję jest Cudowny Medalik. Wśród relikwii pozostałych po św. o. Maksymilianie jest także i on, z którym Święty nigdy się nie rozstawał. Hitlerowcy odebrali mu go podczas przesłuchania na Pawiaku – przed tym, jak wywieźli o. Maksymiliana do obozu koncentracyjnego w Auschwitz – i wraz z innymi rzeczami odesłali do klasztoru, w którym mieszkał, w Niepokalanowie.

Jeżeli będziemy codziennie zawierzać siebie Jezusowi przez Maryję i na znak tego zawierzenia będziemy nosić Cudowny Medalik, wtedy będziemy doświadczać szczególnych łask, o których pisał Święty w jednym ze swoich listów:

„Ten uratował wiarę przed zakusami jehowitów, ta obroniła swoją cześć dziewiczą, inna odzyskała spokój duszy po kilkunastoletnich cierpieniach duchowych”.

W chwilach zwątpienia, w chwilach udręki i pokus, w ewangelizacji, „kiedy i na nas będzie nacierała pokusa, wtedy Medalik przypomni nam, żeśmy oddani nieodwołalnie Niepokalanej” – pisał św. Maksymilian, który w niemieckim obozie koncentracyjnym Auschwitz w akcie heroicznej miłości dobrowolnie poszedł na śmierć w bunkrze głodowym w zamian za ojca rodziny.

Matka Boża w Fatimie powiedziała, że najważniejszym środkiem ratującym ludzkość przed ateizmem i wiecznym potępieniem jest całkowite oddanie się Jezusowi przez Jej Niepokalane Serce.

Tylko miłosierdzie Chrystusa może przezwyciężyć całą grozę zła, które ciąży nad ludźmi lekceważącymi i gardzącymi Bogiem. Chrystus potrzebuje jednak naszej zgody, aby mógł zbawiać nas i przez nas docierać swoją miłością do największych grzeszników. Daje nam swoją Matkę, aby nas uczyła żywej wiary i prowadziła do Niego, jedynego Źródła Zbawienia.

Być całym dla Jezusa przez Maryję, czego wyrazem powinno być noszenie Cudownego Medalika, ma się wyrażać w:

1. W znienawidzeniu grzechu i życiu zgodnym z nauką Kościoła katolickiego.

2. W codziennej lekturze Pisma św., modlitwie różańcowej i Koronce do miłosierdzia Bożego.

3. W regularnym przystępowaniu do sakramentu pokuty, aby zawsze być w stanie łaski uświęcającej.

4. W jak najczęstszym uczestniczeniu w Eucharystii i adoracji Najświętszego Sakramentu.

5. W praktyce pierwszych piątków i sobót miesiąca w intencji wynagrodzenia za grzechy własne i całego świata, a dla tych, co mogą, również w poście o chlebie i wodzie w środy i piątki.

Wtedy „jako nienaganne dzieci Boże pośród narodu zepsutego i przewrotnego” staniemy się źródłami Bożego „światła w świecie” (Flp 2,15).
źródło: milujciesie.org.pl

Nawrócona wiedźma - świadectwo

Świadectwo Krystiana I Pauliny - (Ex Świadkowie Jehowy)

Świadectwo Izy byłej Bioenergoterapeutki

Świadectwo Izy byłej Bioenergoterapeutki

WYRWANI Z NIEWOLI

0B_MfYH7QcByVUk81QnV5SVFhZVU@e=download

Powyższy opis może wyglądać ciekawie, lecz wcześniejsze życie Piotra wcale nie wskazywało na taki efekt. Był chłopakiem bardzo zakompleksionym, nierozumiejącym swojego istnienia na ziemi, przez co łatwo wpadał w sidła złych autorytetów, którzy popchnęli go w świat narkotyków. Skończyło się to poważnymi problemami, min. nieukończeniem szkoły, otarciu się o kryminał, byciu w niewoli używek i myślach samobójczych.

Wyszukiwanie

Dzisiaj jest

piątek,
17 sierpnia 2018

(229. dzień roku)

BIULETYN PARAFIALNY

Licznik

Liczba wyświetleń:
1794014

nowy